
Trzecia historia swaneckiej gościnności. Gruzja
26 października 2026
ALPINIZM | DOLNA SWANECJA | DZIK | GRUZJA | GÓRY WYSOKIE | KAUKAZ | LENTHEKI | OPOWIEŚĆ Z GÓR | OPOWIADANIE | PRZYJAŹŃ W GÓRACH | STRACH MA WIELKIE KŁY | SWANECJA | SWANECKIE ŚWINIE | SWANETIA | WSPINACZKA WYSOKOGÓRSKA | ZWIERZĘTA W GRUZJI
1. Strach ma wielkie kły
Moje mięśnie gwałtownie stężały, a oddech stał się płytki i przyspieszony. Paraliż owładnął całe ciało. Chciałem się ruszyć, ale przecież nie mogłem zdradzić swojej obecności. Gdzieś czytałem, że w takich sytuacjach nie powinno się uciekać, nie powinno się rzucać kamieniami, panicznie krzyczeć ani zanadto zbliżać. Lepiej oddalić się spokojnym krokiem, klucząc między drzewami.
– Ona na pewno wyczuwa mój strach – pomyślałem. To było pewne, jak prezenty na święta lub dzieciak w dni płodne. Łup.. łup... łup... moje serce biło jak szalone – tempo prestissimo.
Siedziałem w barłogu otoczony plecakami. Kamień, który przed chwilą chłodził rozgrzane słońcem plecy, teraz stał się moim katem. Legowisko wybrałem umyślnie. Tak jak umyślnie wybiera się posłów do parlamentu. Z mojej perspektywy jest to zazwyczaj przypadek. Siedziałem w cieniu. Gdzieś tam za plecami szumiała rzeka, nad głową brzęczała końska mucha, a palce parzył dopalający się papieros.
Kicz. Scena dnia w teatrze górskim, dramatyczny epilog, a może wstęp do epitafium, który wydrapią nożykami chłopaki na kamieniu za moimi plecami. W zasadzie mogłoby to być idealne miejsce na zgon i dramatyczny zapis w kamieniu. Poniósł heroiczną śmierć w obronie wielkich wartości albo oddał życie za nasze plecaki. Podobno kto oddaje życie, ratując drugiego człowieka, ma zagwarantowane miejsce w niebie. Nie wiem, czy to prawda, ale brzmi to jak całkiem niezły układ — pod warunkiem, że ktoś wcześniej zadba o właściwą inskrypcję.
- Ushguli. Swanetia. Szhara. Fot. Maciek Chmielecki
2. Swaneckie świnie, nowohuckie świnie
Normalnie odczołgałbym się najciszej jak to możliwe, ale tym razem nie było o tym mowy. Kamień za plecami stawiał opór, co więcej, miałem wrażenie, że wręcz przytrzymuje mnie, wypycha złośliwie w stronę zagrożenia. Przypomina mi to trochę scenę z lat młodzieńczych, którą mam głęboko zapisaną w pamięci.
Jako łebek w latach osiemdziesiątych wychowywałem się w Nowej Hucie, w dzielnicy, która wówczas uważana była za najbardziej niebezpieczną dzielnicę Krakowa. Gdy ktoś z zewnątrz musiał jechać do Nowej Huty w jakiejś ważnej sprawie, dzień wcześniej spotykał się z prawnikiem, spisywał i formalnie zatwierdzał testament albo załatwiał sobie kastet i gaz paraliżujący, wraz z pozwoleniem na ich użycie – takie to były czasy, tak była postrzegana Nowa Huta. Odbierałem w niej życiowe lekcje.
Dzieci z Nowej Huty często prowadziły ryzykowną grę. Na ulicach naszej dzielnicy pijaństwo było dość popularne. Mocny Andżelo, Leśny Dzban, Portos czy też W Pół Godziny Na Orbitę to były prawdziwe marki tanich win, którymi raczyła się lokalna arystokracja. Gdy żule podpierali niejedną fasadę bloku mieszkalnego, my, dzieciaki z lepszych rodzin, jeszcze nieskażeni tanim winem – chociaż ten czas był już bliski – urządzaliśmy sobie zabawę w prowokowanie. Chodziło o to, żeby sprowokować jednego z żuli do pościgu, a potem uciekać ile sił w nogach. Role były zawsze z góry ustalone: gonił żul, uciekał dzieciak.
Gdy żul ruszał do ataku, kilku z nas chwytało jednego ze swoich i unieruchamiało go, czekając, aż rozwścieczony kat zbliży się, i zawsze to był tryb wysoce losowy, ofiara była przypadkowa, niezamierzona – na kogo wypadnie, na tego bęc. No więc, kiedy żul był już dostatecznie blisko, rozbiegaliśmy się na boki niczym spłoszone kawki, a nieszczęśnik, którego wcześniej unieruchomiliśmy, tracił czas na skuteczną ucieczkę. Stawał się łatwym łupem dla rozwścieczonego żula.
Czasami takiemu dzieciakowi udawało się uciec, lawirując między kopniakami, a czasami nieszczęśnik zdany był wyłącznie na litość Mocnego Andżela. Ten Portos i Aramis w jednej osobie, w końcu, gdy schwytał swoją niedorosłą ofiarę, zazwyczaj miękł i kończyło się tylko na wykręconym uchu. Zagrożenie było jednak realne i trudne do oszacowania.
- Traumatyczny obraz z przeszłości
3. Dzik jest dziki, dzik jest zły
Tak właśnie czułem się, gdy była blisko. Wielki kamień za moimi plecami zdawał się mnie więzić, przytrzymywać i wypychać w jej stronę, a płynący nieopodal strumień, mógłbym przysiąc, jakby złośliwie, po cichu, chichotał z całej tej sytuacji.
W końcu natarła z prędkością błyskawicy. Jej paskudny ryj skierowany w moje krocze nie zapowiadał rozkosznych chwil. Spod jej krótkich, koślawych nóg tryskały drobne kamyczki. Co chwila gubiła krok, by po chwili na nowo odzyskać równowagę. Przyspieszała boksując racicami i nabierała prędkości. Z pyska ściekała jej ślina. Byłem pewien, że zaraz potwornie rozorze moje udo.
Wreszcie padł strzał. Padła i ona, a ja otwarłem oczy. Thriller. I nic się nie stało. Wciąż była kilkanaście metrów przede mną, a ja, oparty plecami o kamień, kurczowo ściskałem kije trekkingowe. Trzymałem je przed sobą, jakbym naprawdę wierzył, że te dwa aluminiowe patyki mogą mi pomóc w starciu z ćwierćtonowym zwierzem.
Zawsze miałem coś w czubie. Niedopasowany, nadwrażliwy, wybuchowy, który nierozumnie pcha się w góry – psychotyk, alienista. Kiedyś taki jeden arogancki półgłówek powiedział mi, że w górach trzeba mieć silną psychikę i zazwyczaj tępy wyraz twarzy. Wtedy jest prościej ukryć paniczny strach – boi się każdy, ale nie każdy potrafi się maskować.
– Dzik jest dziki, dzik jest zły. Dzik ma bardzo ostre kły... – w mojej głowie kołatała się wyliczanka Jasia Brzechwy. – Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma k...a ostre kły... ale ten, o dziwo, jakiś taki dziwny, niepozorny. Niby wszystko się zgadza: ssak o krępej budowie (…) na krótkiej, grubej i muskularnej szyi osadzony klinowaty łeb o małej mózgowioczaszce i dużej trzewioczaszce – jasny gwint, cóż to oznacza – (…) stojące uszy, w kształcie trójkąta, gęsta szczecina, ubarwienie zmienne, latem ciemniejsze, może przechodzić od niemal czarnego, przez brązowoczerwone po płowe. Czy to dzik z warchlakami?
Locha podobno zaciekle broni młodych. Nie musi od razu szarżować. Czasem wystarczy, że staje między intruzem a warchlakami, obniża łeb, nastrosza szczecinę i wydaje z siebie głuche, ostrzegawcze chrząknięcia, chrumknięcia. Jej uwaga skupia się na zagrożeniu, ciało napina się, a gdy uzna, że intruz jest zbyt blisko, gwałtownie wyrywa do przodu, z łbem wysuniętym nisko nad ziemią. Masa ciała, siła i ostre szable – śmiertelna broń.
- Swaneckie warchlaczki
- Świnia skrępowana
- W barłogu
- Dzik tuż obok mnie
Tyle że ona jakaś taka nijaka, niby duża, a jakaś mała, niby dzikowata, a jednak jakaś taka spokojna. Parafrazując dialog z filmu King Sajz: taka nijaka, no... nijaka taka.
Siedziałem w barłogu otoczony plecakami. Szczęka mi opadła i drżała, słuchawki od empetrójki bezwładnie wisiały na klacie, papieros dogasał na wilgotnym mchu, a przede mną majestatycznie maszerowała ona. I nagle przypomniałem sobie słowa Aleksandra Kuzniecowa, rosyjskiego alpinisty: Och, właśnie te swaneckie świnie! Podobne są do wszystkiego, tylko nie do świń. To dzikie świnie, spłaszczone z boków jak ryby. Czarne albo łaciate, chude, ze stojącą na karku szczeciną, przypominającą hieny ze świńskim ryjem o nogach antylopy. Wiele swaneckich świń zdobywa sobie pożywienie samodzielnie w lesie i wokół osiedli. Żeby zabić taką na wpół zdziczałą świnię, trzeba na nią polować z nożem, a nieraz i strzelać.
– Durny, to zwyczajna świnia! Choć ma ubarwienie dziwne, ciemne, w paski, w plamy, jest brudna, czarna, brązowa, ze szczeciną na karku, chrząka, sapie, to nadal świnia! Swanecka świnia – pomyślałem histerycznie i zaraz zacząłem się śmiać, bo przecież nasze ciężkie wory też nazywamy świniami. Wielkie, spasione, brudne, odrapane wory, po brzegi wypełnione żarciem na najbliższy tydzień górskiej akcji. Śmiałem się długo i do rozpuku, a niewzruszona swanecka świnia ryła nosem w glebie. Za nią warchlaki, równie niewzruszone, pochrząkując cicho, od czasu do czasu, wzajemnie odtrącały się od apetycznych znalezisk. Świnie ryją psychę!
4. Swaneckie świnie orężem
Świnie w Swanecji są wolne! Nie trzyma się ich w zagrodach, nie zagania na noc. Aż do sądnego dnia są wolne i niczym nie skrępowane. Przemierzają swobodnie okoliczne wzgórza w poszukiwaniu jedzenia, ale każdy mieszkaniec osiedla wie, która do kogo należy.
Kradzież i zabicie świni sąsiada to prawdziwe przestępstwo. Nie warto narażać się na gniew Swana. Wszak licwri (krwawa zemsta), choć dziś już rzadko praktykowana, wciąż pozostaje głęboko zakorzeniona w mentalności tej dumnej społeczności.
Swaneckie świnie ryją i niszczą uprawy, ale mogą być też pożyteczne. I nie napisałem tego z myślą o sytym obiedzie – o nie! Dawno, dawno temu, na południowy wschód od Elbrusu, w głównym grzbiecie Kaukazu, gdzie wznoszą się szczyty Donguz Orun i Nakra Tau, doszło do bardzo istotnego dla świń wydarzenia. Doceniono je, i to na tyle, że zostały zabrane na bitwę!
Ówczesna ekspansja muzułmańska na południe Kaukazu mocno zagrażała chrześcijańskim Swanom. Silni i liczni muzułmanie bez większego oporu zdobywali kolejne rejony. Swanowie, chociaż bitni i nieustępliwi w walce, musieli ugiąć się przed przewagą liczebną. I wojna byłaby przegrana, gdyby nie wpadli na genialny w swej prostocie pomysł.
Sprytni górale dowiedziawszy się zawczasu, którędy będą szli wojownicy islamu, spędzili na przełęcz wszystkie świnie z doliny Inguri, i tam oczekiwali przeciwnika. Wyznawcy Mahometa, zobaczywszy oczekującą ich armię, a będąc wierni przykazaniom religijnym, uciekli w popłochu. Cóż za ironia losu. Pokonani przez własną religię, pokonani przez pospolite świnie.
- Zabójcza broń w Swanecji
5. Tylko strzelać
Gdy chłopaki wrócili z rekonesansu i dowiedzieli się, dokąd wiedzie nasza dalsza droga, opowiedziałem im wszystko ze szczegółami. Śmiali się długo, a ja plułem sobie w brodę, wyrzucając sobie brak luzu i nadwrażliwość.
– Ale taki jesteś, Piotruś. Takiego cię kochamy – powiedział Maciek. Tak, górnolotny, napuszony, przesadnie kwiecisty w słowach Piotr. Cały ja. A wtedy, w Gruzji, całkiem serio powtarzałem sobie te słowa i marzyłem: – Szkoda tylko, że nie mam tępego wyrazu twarzy. Może wtedy miałbym lepszą psychę?
-----------
– Karabin macie? – zadał pytanie Stary Swan.
– Yyy... nie mamy.
– A to niedobrze, bo kiedy niedźwiedź w lesie wyskoczy, to tylko strzelać!
- Tylko strzelać. Fot. Tomek Mucha
6. Kilka słów wyjaśnienia na rok 2026
Większość opowieści z Gruzji pochodzi z okolic 2008 roku, gdy z grupą przyjaciół (Damian, Maciek i Tomek) wybraliśmy się na długą wyprawę do Gruzji. Celem naszego wyjazdu, który trwał przeszło miesiąc, było wejście na najwyższy szczyt Gór Swaneckich, Laila Lekheli 4007 m, a później przetransportowanie się na północno-wschodnie rubieże kraju, pod Kazbek. Na tej wyprawie osiągnęliśmy oba cele, tj. wspięliśmy się na Lailę, a potem udało nam się wspiąć również na Kazbek (5054 m.).
Podczas długiej podróży zwiedzaliśmy kraj. Na swojej drodze napotkaliśmy wielu wspaniałych Gruzinów, którzy nie szczędzili nam swojej opieki. Biesiadowaliśmy, uczyliśmy się toastów, prawie strzelaliśmy z kałacha, słowem, czerpaliśmy z gruzińskiej i swaneckiej gościnności tyle, ile byliśmy w stanie unieść na swoich barkach, i tyle, ile byliśmy wstanie zapamiętać.
Podczas podróży prowadziłem mini bloga dla naszych sponsorów i patronów medialnych, a już po wyprawie, kontynuowałem pisarstwo na prośbę Damiana. Damian wówczas kooperował z kilkoma firmami i namówił mnie na wzięcie udziału w konkursie na najlepszy blog outdoorowy. Nagrodą główną w tym konkursie był przyzwoity zestaw odzieży do alpinizmu marki The North Face.
Przez kolejne pół roku opisywałem nasze przygody, a gdy doszło do rozstrzygnięcia konkursu, zdobyłem nagrodę główną. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie i muszę otwarcie przyznać, że dzięki tym ciuchom (kurtka i spodnie hardszelowe) moja długoletnia działalność górska i wysokogórska mocno rozkwitła.
Teraz w 2026 roku wróciłem do tych opowieści. Troszkę bardziej doświadczony, z lepszym warsztatem pisarskim, odtwarzam te opowieści na nowo. Nie dokonuję w nich dużych zmian. Raczej dookreślam, dopowiadam, systematyzuję, wreszcie, naprawiam konstrukcję językową, ale sens, zdania, a nawet całe akapity często pozostają bez zmian. Jest to zatem mój powrót do przeszłości i zarazem bilet do przyszłości, bowiem do Gruzji jeszcze wrócę i nie będzie to odległa przyszłość. W zasadzie do Gruzji już wróciłem, bowiem po wielu latach znalazłem się u stóp majestatycznej Uszby i w trakcie wspinaczki osiągnąłem północny wierzchołek (rok 2023).
Poniżej wrzucam wam linki do moich opowieści z Gruzji, zarówno do tych starych z konkursu i pokonkursowych, jak i do tych nowych, które uczyniłem względnie niedawno. Na blogu kolejne opowieści będą się systematycznie pojawiać, dlatego lista poniżej będzie rosła.
- Uszba Północna, wyprawa wspinaczkowa w 2023 roku zakończona sukcesem na szczycie.
- Uszba, Wilczyca Kaukazu.
- Niech zatańczy Uszba, moja narzeczona. Artykuł niemalże sprzed dwóch dekad.
- Wspaniała gruzińska droga. Opowieść z niebezpiecznej podróży niezawodną ładą Niwą.
- Pierwsza historia swaneckiej gościnności.
- Druga historia swaneckiej gościnności.
- Trzecia historia swaneckiej gościnności.
- Zwycięstwo. Czas w góry!
7. Wielka galeria zdjęć
- Zabójcza broń w Swanecji
- Swaneckie warchlaczki
- Świnia skrępowana
- W barłogu
- Dzik tuż obok mnie
- Dzikie swaneckie świnie w Gruzji. Swanetia
- Tylko strzelać. Fot. Tomek Mucha
- Ushguli. Swanetia. Szhara. Fot. Maciek Chmielecki
- Traumatyczny obraz z przeszłości














