
Wyprzedzanie na via ferratach – jak robić to bezpiecznie
6 października 2026
Druga historia swaneckiej gościnności. Gruzja
22 października 2026
ALPINIZM | BEZPIECZEŃSTWO NA WSPINANIU | BŁĘDNE DECYZJE | GÓRY WYSOKIE | OPOWIEŚĆ Z GÓR | OPOWIADANIE | ORTLER NORDWAND | PRZYJAŹŃ W GÓRACH | PÓŁNOCNA ŚCIANA | SOLDA | SULDEN | WSPINACZKA LODOWA | WSPINACZKA WYSOKOGÓRSKA | ZESPÓŁ LINOWY | 5700 KROKÓW. ORTLER NORDWAND
Spis treści
- 1. Czas można tylko używać. 5700 kroków. Ortler Nordwand
- 2. Ortler. W lodowej klepsydrze
- 3. Zły omen u stóp północnej ściany
- 4. Ortler Nordwand – potęga i zagrożenia północnej ściany
- 5. Ortler Nordwand – wspinaczka w cieniu tragedii
- 6. Północne ściany zawsze mają coś z teatru
- 7. Nie zdążymy przed zachodem
- 8. Zespoły tak nie działają
- 9. Taniec śmierci irbisa. Akt samoobrony
- 10. czy ja biję w lód za mocno?
- 11. Asekuracja lotna. Zapamiętywanie
- 12. Wierzchołek Ortlera. Miraż bezpieczeństwa
- 13. Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- 14. Czy koszmary można zdusić snem?
- 15. Osiemdziesiąt centymetrów drogi
- 16. Narracyjna fikcja. Rozprawa z samym sobą
- 17. podsumowanie wspinaczki. Ortler Norwand
- 18. Punkt widzenia zawsze zależy od człowieka
- 19. Wielka galeria zdjęć
1. Czas można tylko używać. 5700 kroków. Ortler Nordwand
Chciałbym móc powiedzieć, że historie innych ludzi uczą mnie pokory. Nie. Chciałbym móc powiedzieć, że historie uczą mnie tego, czego chcieliby inni ode mnie! A Inni chcą, żebym spoglądał wstecz, wyciągał wnioski i zrezygnował z czegoś, co daje sens mojemu życiu, wyłącznie dlatego, że jest to dalekie od bezpieczeństwa. Nie. Chyba nie. Każdy ma prawo do swojej historii, chociażby nie wiem jak błędne byłoby to doświadczenie. Nieistotny jest fakt, że stawiam kroki dokładnie tak samo jak inni, istotny jest fakt, że mam do tego prawo!
Historia to, w ogóle, dziwaczny twór. Już nie istnieje, a wciąż poucza i przestrzega. Problem tkwi jednak w tym, że przez niezliczone ludzkie pokolenia, popełniliśmy tak wiele błędów, że teraz nie sposób być pionierem. Mam zatem tkwić w miejscu?
– A historia tych, co zginęli, niczego Cię nie nauczyła? – Zapadło milczenie. – Alpiniści to są uciekinierzy, pełni kompleksów nieudacznicy, którzy przed życiowymi problemami uciekają w góry, żeby popełnić spektakularne samobójstwo.
– Bla, bla, bla. Historia to narzędzie zbrodni. Kryją się za nią ci, którzy za bardzo się boją, albo ci, którzy nie chcą pisać swojej opowieści.
– Ci, którzy się nie bali, zazwyczaj nie żyją.
– Nie, to wierutna bzdura. Nie żyją ci, którzy umarli, a nie ci, którzy się nie bali.
– Przekraczasz dopuszczalną granicę?
– A gdzie ona tkwi?
– No... w górach, gdy... zostawiasz dom.
– Bezpieczny azyl nie istnieje. Mury są nadal murami, i kiedyś runą. Zwalą się nam z łoskotem na głowy. Historia to martwy potwór, który stoi w opozycji względem naszego prawa do błędów!
– Tam, gdzie umiera się, nie ma miejsca na błędy. To nieodpowiedzialne myślenie, bo po nim pozostaje tylko płacz.
– Zgorzkniałość to równie mocna nieodpowiedzialność. Prowadzi do cynizmu. A cynizm odbiera siły. Przy nim również pojawia się płacz. To, co stoi w miejscu, w końcu grzęźnie. Czy to nie jest samolubne?
– Hmm... może masz rację, ale to chyba nie tak... to nie transfer ryzyka, to świadome... – Milczenie. Cisza przeciąga się. – Myśl mi się kłóci. Bo dudni mi w głowie, że tak wysoko ucieka się... ale może przed umieraniem właśnie? – znowu zapada cisza. Kiwam głową ze zrozumieniem. Dobry tor.
– Umiera się leżąc... czasem.
- Już chyba wiem – powiedziała, po czym znowu zapadło długie milczenie. – Czas nie ucieka, czasu się nie marnuje, ani nie oszczędza. Czas można tylko używać.
- Rozłożysty Ortler. Dominant nad całą okolicą
2. Ortler. W lodowej klepsydrze
– Nie dam rady – skrzywiłem się ohydnie z bólu. – Cholera… nie czuję palców! – Wojtek spojrzał na mnie z niepokojem. Po chwili zapytał: – możesz się wspinać?
– Chyba mogę – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. – Jak tylko odzyskam czucie. – Rękawiczki miałem przemoczone, a byliśmy dopiero w połowie ściany.
– Nakręcisz stanowisko? – Zapytałem po chwili.
Staliśmy przed drugim zwężeniem, mocno przytuleni do ściany. Kolana, które opieraliśmy o lód marzły niemiłosiernie, ale nie miało to znaczenia. Za jedyną asekurację służyły nam nabite czekany, i woleliśmy je nie obciążać. Było stromo, jakieś 50 stopni nachylenia, ale mieliśmy szczęście. Solidne opady śniegu, które dwa tygodnie wcześniej ze zgrozą obserwowaliśmy planując wyjazd, były teraz naszym sprzymierzeńcem. Przynajmniej w tej części ściany. Śniegu było dużo, ale zdążył się on już zmetamorfizować, dzięki czemu pokrywa była dość twarda, związana, ale na tyle miękka, żeby szybko i swobodnie wspinać się bez asekuracji. Latem, w tym miejscu i dużo niżej, musielibyśmy korzystać z lin i śrub.
– Pociągniesz pierwszy wyciąg? – Zapytał Wojtek.
– Ahh… tak – odpowiedziałem po dłuższej chwili zastanowienia, chociaż wcale nie miałem ochoty prowadzić pierwszego wyciągu. Było mi strasznie zimno. Wydarzenia, jakie tu miały miejsce dwa dni wcześniej, sprawiły, że ta naiwna, dziecięca euforia wysokościowa brutalnie wyparowała, a jej miejsce zajęło nieuniknione przeświadczenie, że tak naprawdę nic nie kontrolujemy. Ani my, ani żadne zespoły, które były tu przed nami, i które będą po nas.
– To chyba to miejsce! – Powiedziałem mocno akcentując słowa, po czym spojrzałem w górę na wyraźne zwężenie, które z dwóch stron, ograniczone skalnymi ostrogami, gwałtownie się wypiętrzało. Szeroki kuluar pod nami i rozległa przestrzeń pól lodowych nad nami, zbiegały się w tym miejscu niemalże do małego punktu, wąskiej osobliwości. Ten wyraźny przesmyk i otaczająca nas zewsząd przestrzeń lodowa, swoim kształtem przypominały gigantyczną klepsydrę, która u podstawy, tam gdzie rozlewał się lodowiec, była szeroka, a w samym środku ściany, pomiędzy dwoma ostrogami, wąska raptem na dwa metry. Miało się wrażenie, że oto właśnie stoimy przed bezwzględną maszynką do mięsa, która z taką łatwością podporządkowuje sobie opadający lód, i która z taką bezdusznością obchodzi się z ludzkim istnieniem.
– Tak mi się wydaje – odpowiedział Wojtek. – Z tego, co widziałem z Sulden, to właśnie do tego miejsca dotarli.
– Yhmm… – Westchnąłem ciężko, myśląc jednocześnie, że może to tylko dobrego, złe początki. Musiałem sobie to jakoś wytłumaczyć, ponieważ presja, jakiej zostaliśmy poddani, była naprawdę duża. I wcale nie chodziło tu o pogodę, która i tak pozostawiała wiele do życzenia, ale o piętno tego miejsca. Paskudne piętno, które dla wnikliwych oczu dawało się bardzo łatwo rozszyfrować.
Nad naszymi głowami, po lewej, na wystającym fragmencie skalnej ostrogi, w sposób całkowicie zaprzeczający powszechnemu ciążeniu, wisiał śnieżny grzyb, który rozmiarem kilkukrotnie przewyższał człowieka. Wyglądał, jakby miał zaraz spaść, a pod nim ja, na pierwszym, w pełni lodowym wyciągu.
- Piotr na pierwszym wyciągu
- Asekuracja ze stanowiska
- Piotr Picheta na kolejnym wyciągu
3. Zły omen u stóp północnej ściany
Może to tylko kwestia skupienia, które pojawia się, gdy wchodzimy w ścianę. Irracjonalny lęk, potwór naszego umysłu bezustannie ryczy, – co byłoby, gdyby – karmiąc nasze niezdecydowanie, ale tak naprawdę, większość ścian wygląda strasznie… z daleka. Na tym właśnie to polega. Lęk jest wymysłem wyobraźni, do której z głębin naszego umysłu przesączają się atawistyczne instynkty. Chęć przetrwania, lęk przed upadkiem i zimnem. Głód. To one subtelnie sterują naszymi pragnieniami.
Może właśnie dlatego koncentracja na zadaniu posiada głęboki wymiar leczniczy. Bo gdy już się wspinamy, lęk traci moc, a jego miejsce zajmuje strach – odpowiedź na realne zagrożenie. Dość łatwo daje się to kontrolować. Nie mniej, widok ściany, która jest celem, zawsze wywołuje burzę emocji. Od radości, przez fascynację, aż po chęci ucieczki.
– Coś jest nie tak z temperaturą! – Powiedział Wojtek.
– O kurwa! – Krzyknąłem, gdy zobaczyłem wskaźnik. – Szybko, zatrzymaj się!
Wjeżdżając do Sulden byliśmy trochę jak małe dzieci, które pierwszy raz widzą świętego Mikołaja, a o którym już dawno słyszały od swoich rodziców. Lęk i fascynacja mieszały się ze sobą, i tak naprawdę nie wiedzieliśmy, po której opowiedzieć się stronie – byliśmy żądni "prezentów", ale widok ściany lekko nas onieśmielał.
– Koniec! – Przerażenie malowało się na mojej twarzy. – Jesteśmy w dupie!
Byłem niemalże pewny, że wycieczka dobiega końca. Jadąc serpentynami i mając przed oczami północną ścianę Ortlera, czuliśmy jak ogarnia nas euforia wysokościowa. Byliśmy podekscytowani ogromem ściany i czekającą nas przygodą. Do tego stopnia, że nie zauważyliśmy w porę niebezpiecznych symptomów.
– Szybko, zatrzymaj się! – Powtórzyłem niemalże z płaczem, widząc jak wskazówka temperatury silnika rozpaczliwie opiera się za czerwonym polem. Wyskoczyłem z auta i otwarłem maskę. Wszystkie płyny były w stanie wrzenia, a zbiornik wyrównawczy pusty. Prawdziwa katastrofa. Na domiar złego, zaginął gdzieś korek od zbiornika, bez którego nie da się kontynuować podróży.
Z rozgrzanego bloku silnika buchały gęste opary. Na pierwszy ogień poszedł litr płynu chłodniczego z bagażnika. Silnik pożarł go ekspresowo, głośno zasysając ciecz. Gwałtowność tej reakcji wprawiła mnie w jeszcze większe przerażenie. Rzuciłem się do kabiny, porwałem plastikową butelkę i bez zastanowienia wlałem półtora litra wody mineralnej. Wciąż było mu mało, i daję słowo, że gdyby tylko chciało mi się sikać, zrobiłbym i to.
– Tata? – Krzyknąłem bez ceregieli do słuchawki. – Przegrzałem silnik!
Mój tata to specjalista od wszystkiego. Nie ma chyba takiej rzeczy, o której nie miałby pojęcia. Wychowany w czasach, gdy samochody były luksusem, dostęp do części mocno ograniczony, a fundusze domowe praktycznie zerowe, musiał sobie jakoś radzić sam. Jeździł, naprawiał, wymieniał, serwisował. Złota rączka.
– Co? – W jego głosie słychać było całkowite zaskoczenie.
– Przegrzałem silnik! – Powtórzyłem nerwowo.
– Jak to przegrzałeś? - Zapytał. – Co się stało?
– Zgubiłem korek od zbiornika wyrównawczego, a od wentylatora urwał się kabel! – Odpowiedziałem. Byłem na skraju paniki. Doskonale wiedziałem, czym kończy się przegrzanie silnika. Kręciłem się w kółko rozpaczliwie szukając jakiegokolwiek źródła wody.
– Gdzie jesteś?
– Daleko. Czekaj... – Zawiesiłem głos, po czym przyłożyłem urwany kabel do styku wentylatora. Zaczął obracać się z pełną mocą. Machnięciem ręki przywołałem Wojtka i kazałem mu trzymać kabelek, a sam kontynuowałem rozmowę.
– Jest źle, bardzo źle. Silnik wciąż pracuje, wentylator kręci się... na styk, wiesz… trzymamy kabelek, ale... temperatura wciąż wysoka. Wlałem gazowaną wodę! Gazowana woda w układzie chłodzenia, w którym występuje wysokie ciśnienie. Cudownie! Nie jeden mechanik zbeształby mnie za to.
– Dobra, zaraz przyjadę. Gdzie jesteś? – Zapytał. Próbowałem sobie wyobrazić jego minę. Mówiłem mu, gdzie jadę, ale chyba zapomniał.
– Nie no, nie da się... – Odpowiedziałem szybko wyrzucając słowa. – Daleko... kurde...
– Od razu wychodzę z pracy i jadę do ciebie. Gdzie jesteś?
– Tata, w Sulden! – Zapadła niezręczna cisza. Wyobraźcie sobie tę ciszę, gdyby ludzie mówili tylko to, co wiedzą.
– Yyy... aaa…, aaa... a gdzie jest Sulden? – Zająknął się.
– Tata, we Włoszech, Italia – odpowiedziałem nerwowo rozglądając się wokół siebie. Wciąż miałem nadzieję, że znajdę jakieś źródło wody, albo zwykłą kałużę. Staliśmy na szutrowym poboczu, kilometr od Sulden, wciśnięci w niewielką zatoczkę. Wielki wał śnieżny oddzielał nas od stromej łąki. Dwa kilometry wyżej, potężny wierzchołek Ortlera prężył się całym swoim majestatem. W powietrzu roznosił się wyraźny dźwięk śmigłowca.
– To nie przyjadę... Dobra, słuchaj i rób, co mówię – powiedział. – Zgaś silnik...
Tata mówił, a ja uwijałem się jak w ukropie. Na zmianę gasiłem i zapalałem maszynę, a Wojtek wytrwale trzymał kabelek. Po 10 minutach, gdy wreszcie udało nam się zbić temperaturę, podziękowałem tacie za pomoc, rozłączyłem się i zrezygnowany usiadłem na poboczu.
– To chyba koniec wycieczki – powiedziałem smutno. – Co, jak co, ale w tej chwili ważniejsze jest dla mnie uratowanie samochodu. – Wojtek ze zrozumieniem pokiwał głową, chociaż dałbym sobie czekan ukraść, że coś innego chodziło mu po głowie. – Jak poszła uszczelka pod głowicą to... – Nie dokończyłem zdania. Nie musiałem.
Byliśmy praktycznie u kresu podróży. Za kilkoma serpentynami zaczynało się upragnione Sulden, a my bezradnie staliśmy na asfalcie, zdumieni ironią swego losu. Gdzieś w głębi serca miałem nadzieję, że nic wielkiego się nie stało, a to, co obserwujemy, jest tylko mało smacznym psikusem, sprowadzającym nas na ziemię. Ot tak, żeby zwrócić naszą uwagę.
– Dobra, idź do Sulden – powiedziałem po chwili do Wojtka. – Skombinuj wodę, zapytaj o mechanika, a ja będę zatrzymywał Włochów. Może ktoś jednak ma płyn chłodniczy.
Po 45 minutach bezowocnych prób z mojej strony, do zatoczki wjechał Volkswagen Transporter, z którego wysiadł Wojtek. Podrzuciła go para starszych Niemców, którą wcześniej zatrzymałem prosząc o pomoc.
– Mam dwie wiadomości. Dobrą i złą – powiedział Wojtek. Pod pachami kurczowo ściskał plastikowe butelki wypełnione wodą.
– Hm...?
– Dobra jest taka, że mam wodę, ale, niestety, w Sulden nie ma mechanika. Trzeba zjechać kilka kilometrów do najbliższej wioski.
– A zła? – Zapytałem zrezygnowany.
– Zła jest taka, że śmigłowiec, który latał tu chwilę wcześniej, ściągał ze ściany zespół – na chwilę zawiesił głos, po czym dodał, mocno akcentując ostatnie dwa słowa. – Na naszej drodze właśnie wydarzył się śmiertelny wypadek!
– Oouuu...
- On, król okolicy – Ortler
- 2000 metrów nad doliną!
4. Ortler Nordwand – potęga i zagrożenia północnej ściany
Ortler to wierzchołek rozległego masywu, wchodzącego w skład Alp Retyckich (część Alp Wschodnich). Znajduje się w północnych Włoszech, blisko granicy ze Szwajcarią, i jest najwyższym szczytem Południowego Tyrolu (3905 m n.p.m.). Wybitny, wyróżniający się w całym regionie, przyciąga uwagę wielu wspinaczy i turystów, ale nie należy do prostych szczytów. Jego północna i północno-zachodnia ściana wypiętrza się na wysokość około 2 tysięcy metrów nad okolicznymi dolinami, wzbudzając jednocześnie zachwyt i onieśmielenie.
Gdy staliśmy u jego podstawy, tuż przed wjazdem do małej, narciarskiej miejscowości Sulden am Ortler, czuliśmy jak zbiera się w nas pokora. Jego brutalna i absolutna dominacja nad okolicą była nieodparta, a dźwięk malutkiego śmigłowca, zawieszonego gdzieś tam przy północnej ścianie, pogłębiał to uczucie.
Śmigłowiec nigdy nie zwiastuje nic dobrego. Szczególnie ten w okolicach ściany. Niby kojarzy nam się z ratownikami, którzy niosą pomoc, a jednak jego obecność zawsze jest wtórna. Najpierw musi się wydarzyć coś złego, żeby potem mogli pojawić się oni.
Droga Nordwand, w tłumaczeniu północna ściana, to ewidentna linia wspinaczkowa, którą formuje stromy lodowiec. W dolnych partiach, niczym tatrzańskie piarżysko, szeroko rozlewa się na boki, ale już od połowy ściany robi się stromy i wąski. Jego nachylenie sięga nawet do 80 stopni, i mimo, że wspinaczka nie jest technicznie trudna, zagrożenia obiektywne i długość linii czynią z niego poważne przedsięwzięcie.
Żadnej ściany nie można bagatelizować. A szczególnie tej o długości 1200 metrów, która kończy się na wysokiej górze, i w przewodnikach alpejskich wyceniana jest na D+ (difficle, bardzo trudno). Niektórzy twierdzą, że trudności sięgają tu nawet TD (tres difficle, nadzwyczaj trudno), ale chyba w dużym stopniu zależy to od aktualnych warunków pogodowych i ilości zalegającego śniegu.
Wspinając się na tej ścianie należy pamiętać, że linia posiada dwa wyraźne zwężenia, które niczym lej, zbierają wszystko, co urywa się powyżej. Ostrzał lodem i kamieniami, wytapianymi z seraków na grani, nie jest tu rzadkim zjawiskiem. Również lawiny śnieżne stanowią poważne zagrożenie, ponieważ wysoko na grani tworzą się potężne nawisy, które, od czasu do czasu, z łomotem zwalają się do podstawy ściany.
- Wojtek na podejściu
- Lawiny gruntowe
- Wojtek dokonuje pomiaru ściany
- Rozpoznanie terenu na lekko
5. Ortler Nordwand – wspinaczka w cieniu tragedii
Łydki paliły mnie, jakbym, co najmniej przypiekał je nad żywym ogniem.
– To jakiś skandal – pomyślałem. Właśnie mijałem skalną ostrogę, gdy z góry uderzył we mnie silny podmuch wiatru. Pogoda była do bani – opad śniegu, kiepska widoczność i porywisty wiatr – nie zachęcała do spacerów. A mimo to, wyszliśmy z namiotu.
– Skurcze mnie takie łapią, że nie mogę iść, kur... – Krzyknąłem wściekle dławiąc w sobie ostatnie słowo. Silny podmuch wiatr wepchnął mi je głęboko do gardła. Z dołu dobiegł mnie niewyraźny głos Wojtka. Nic nie zrozumiałem.
– Eee… nieee… nic, skurcze mam! – Odkrzyknąłem na wszelki wypadek.
Ja czasami nie słyszę, co do mnie mówią ludzie. Staram się, ale, po prostu, nie słyszę. A nie lubię wychodzić na gbura. Wtedy odpowiadam, cokolwiek, a najczęściej to, co mi aktualnie siedzi w głowie. Tym razem Wojtek chyba jednak chciał, żebym się pospieszył. Bał się? Ja na pewno.
Byłem na pierwszym wyciągu północnej ściany Ortlera. W zasadzie, to w środku ściany, ale był to pierwszy wyciąg ze stanowiskiem i linami. Zwężenie, czy też wąski przesmyk pomiędzy skałami, pokonałem lawirując od lewej do prawej, omijając małą ostrogę skalną, wypiętrzającą się ponad lód, na wierzchołku której znajdował się wielki grzyb śnieżny. Wisiał pod nieprawdopodobnym kątem i z mojej perspektywy znacząco zaprzeczał prawom fizyki. Pokonanie drugiego zwężenia, wyprowadzającego nas na rozległe pola lodowe, nie było specjalnie trudne, ale miałem świadomość, że to jest to miejsce. A dwie śruby lodowe poniżej, wkręcone tylko do połowy, potęgowały wrażenie grozy.
Tak to już jest, że pierwsze wyciągi są dla mnie zawsze trudne. Nie tyle fizycznie, co psychicznie. Zdenerwowany, kopię za mocno, dziabki ściskam zbyt energicznie, i tak jakoś w ogóle spięty jestem do granic. Dopiero później rozluźniam się, w głowie oswajam to miejsce i zaczynam myśleć o tym, co najważniejsze – o wspinaniu.
Spojrzałem w górę. Lodowaty wiatr wściekle przeganiał chmury. Miotał nimi między skalnymi turnicami, bezlitośnie rwąc na strzępy. Czasami spadały na nas mgliste, przenikliwe drobinki śniegu, które wciskały się pod kominiarkę. Innym razem, jakimś dziwnym trafem, mimo silnego wiatru tłoczącego chmury do podstawy ściany, jakoś udawało im się nagle wzbić ponad skały i pomknąć dalej. Wtedy poprawiała się widoczność. Teraz jednak tkwiliśmy w samym środku chmury, drżąc z chłodu bijącego od lodu i porywistego wiatru.
– Mam auto! – Z góry dobiegł do niego mój krzyk.
– Bogu dzięki – pomyślał zapewne Wojtek, który od dłuższego czasu z trudem odwracał wzrok. TO miejsce było tuż obok, na wysokości jego oczu, skierowane prosto na stanowisko. Chcąc nie chcąc, musiał tam patrzeć.
Już na podejściu mijaliśmy kawałki roztrzaskanego kasku. Fragmenty żółtej pianki, mimo żywego koloru, karykaturalnie wyglądały na tle rdzawych plam krwi. Było to niestosowne połączenie. Kolor życia zmieszany z kolorem śmierci. Strasznie było nam żal tego człowieka. Podobnie jak my, wybrał się tu, żeby doświadczyć swój czas, i nagle, bez zapowiedzi, jego życie zostało brutalnie zakończone. A góry zimą szybko zacierają ślady. Kolejne warstwy śniegu błyskawicznie zakrywają zakrzepłą krew i ślad po człowieku znika – na zawsze.
Jakiś czas później, gdy staliśmy na stanowisku, Wojtek powiedział: – To miejsce odbierałem, jako… niesamowicie ponure. Tak, ono było ponure! Podmuchy wiatru, które dla ciebie były uciążliwością, dla mnie były prawdziwą torturą. Chowając przed nimi twarz, zmuszony byłem do patrzenia prosto przed siebie, właśnie w TO miejsce, gdzie na skale rozsmarowany był... mózg. Koszmarny widok. A jeszcze dwa dni wcześniej, gdy walczyliśmy z awarią samochodu, nie czułem strachu. To nawet nie było zwątpienie, chociaż pozornie mogło tak wyglądać, ale raczej poczucie, że góra chce nas wystraszyć, sprawić, żebyśmy zrezygnowali. No, bo… jak inaczej można wytłumaczyć awarię samochodu w miejscu, z którego mogliśmy obserwować cały ten dramat na Nordwandzie?
Góry zawsze dają ostrzeżenia. Czasami są one bardzo subtelne, a czasami twarde i brutalne. I nie ma znaczenia, jakie znaki potrafimy odczytać. Znaczenie ma tylko to, żeby je odczytać i wyostrzyć zmysły.
– Możesz iść! – Krzyknąłem z góry.
– Idę!
– Chodź!
- Jeszcze bez liny
- Wojtek na prowadzeniu
- Asekuracja. Pierwszy wyciąg
- Wojtek na prowadzeniu
6. Północne ściany zawsze mają coś z teatru
– Skrócona perspektywa. – Powiedziałem do siebie.
– Co?
– Skrócona perspektywa – wskazałem palcem ostrą krawędź grani, lekko odchylając się od ściany. Wojtek ściągnął brwi i spojrzał na mnie z ukosa.
– Patrzysz w górę i wydaje ci się, że jesteś już blisko, ale to nie prawda – powiedziałem. – To właśnie skrócona perspektywa, która jest widoczna, gdy na długi obiekt patrzysz z jednego z końców.
– W ścianie czas i przestrzeń nie są sobie tożsame – dodałem po chwili.
– Yyy… o czym ty mówisz? – Zapytał Wojtek, podając mi porcję uporządkowanego szpeju. Śruby lodowe Black Diamonda i szatańskie irbisy, zawieszone na taśmie, kołysząc się, lekko podzwaniały na wietrze.
No właśnie. O czym to ja mówię? W zasadzie, to ja nic nie mówię. Wszystko tak naprawdę dzieje się w mojej głowie. W ścianie dużo jest czasu na myślenie, a mało na rozmowy. W ścianie nie prowadzi się dyskusji, a zwłaszcza wtedy, gdy jest cholernie zimno. W ścianie jest tylko postękiwanie i lejący się nos, którym ciągle trzeba pociągać. W ścianie pojawia się również silny oportunizm, którego celem jest znalezienie, za wszelką cenę, wygodnej pozycji na stanowisku. A gdy już ją znajdziesz, kulisz się w sobie, spuszczasz głowę i zapadasz w marazm. O ile nie wspinasz się w tym czasie.
– Już chyba niedaleko, co? – Zapytał Wojtek, patrząc na wyraźnie zarysowaną grań szczytową. Wysoko nad nią kołtuny chmurne pędziły na złamanie karku.
– Asekurujesz mnie? – Tak – odpowiedział. Spojrzałem dla pewności na wpięte do uprzęży reverso, przez które biegły dwie połówkowe liny. Złapałem za jedną z lin i wpiąłem ją do punktu wysyłkowego.
– Jakieś dwie godziny, chyba, i będziemy na szczycie – powiedziałem i nagle puknąłem się w czoło.
Czas i przestrzeń, w ścianie, nigdy nie są ze sobą połączone. Nigdy! Gdy wspinasz się na lodowej drodze, przestrzeń zawsze rozciąga się do nieskończoności, a ty zwalniasz. Spoglądasz w górę, a te sto metrów do krawędzi dalej jest takie same. Spoglądasz na zegarek, a czas zmienia się nieubłaganie – przyspiesza. Twoje osobiste słońce, którego tak bardzo potrzebujesz, i które tak dobrze znasz, teraz ugina czasoprzestrzeń, a ty masz wrażenie, jakbyś był w centrum tego zagięcia, uwięziony w gigantycznym zagłębieniu, z którego nie możesz się wydostać. Grawitacja ściąga cię w dół, a ty patrzysz w górę, na pozornie bliski szczyt, na krawędź skalnej korony. Ostatnie promienie słońca rozpalają ją do czerwoności, a ty tkwisz z dala od tego ciepła.
Północne ściany zawsze mają coś z teatru. Są sceną, na której słońce nigdy nie występuje, chociaż odgrywa kluczową rolę, tak, to... słońce. W takich miejscach jak to, słońce jest niczym złośliwy sufler, który podpowiada fałszywe kwestie. Wabi cię promieniami na grani, rozpala zmysły. A ty patrząc w górę, na pozornie bliski szczyt, ulegasz pragnieniu natychmiastowego ukończenia wspinaczki. I wydaje ci się to możliwe – przecież jesteś już tak blisko. Jednak to twoje ciało, twoje ręce i nogi, pokonujące metr za metrem, mówią prawdę. Do wierzchołka wciąż jest daleko i nie ma opcji na skróty, bez względu na to, czy i jak mocno ulegniesz mirażom. Ścianę trzeba pokonać metodycznie, krok za krokiem, uderzenie czekanem za uderzeniem.
- Wielka ściana
- Nasza północna ściana
7. Nie zdążymy przed zachodem
– Nie zdążymy przed zachodem – zawyrokował Wojtek.
– Będzie ciężko zejść po nocy – powiedziałem. Było mi zimno. Wojtkowi też było zimno.
Na wpół wiszące stanowiska zawsze mocno obciążają uda. Pasy uprzęży wżynają się w ciało, uciskają tętnice udowe i w efekcie końcowym, odcinają dopływ gorącej krwi do stóp. Mieliśmy dreszcze, nad którymi ciężko było zapanować, ale wiedzieliśmy, że póki są, wciąż jesteśmy żywi.
W pierwszej fazie hipotermii organizm sam się broni. Dreszcze generują ciepło, a ciepło wędruje tam gdzie powinno. Można być kadłubkiem bez rąk i nóg. Póki serce i wszystko w jego bezpośrednim sąsiedztwie jest ogrzewane da się jakoś żyć. Pierwszą fazę hipotermii dość łatwo zatrzymać. Wystarczy tylko ruch. Tylko ruch.
– Jest jeszcze schron. A niżej schronisko, ale będzie zamknięte.
– Wiesz gdzie on jest?
– w sensie Schron? Gdzieś na grani, poniżej wierzchołka.
– Zejdziemy do schronu. No chyba, że uda nam się zejść do namiotu?
– Po nocy i w głębokim śniegu?
8. Zespoły tak nie działają
Muszę się przyznać, a było to dość dawno, w sensie, ta opowieść, którą na nowo przeżywam w 2026 roku, dopisuję ją, skracam, rozszerzam; a więc wtedy, na północnej ścianie Ortlera, byłem młody... i byłem amatorem.
Wybraliśmy się na ścianę, ale szczerze mówiąc, nic o niej nie wiedziałem! Do dziś słowa Wojtkowi o tym nie rzekłem, że tylko on wiedział dokładnie gdzie jedziemy, tylko on wiedział jak wygląda droga zejściowa, tylko on wiedział o schronie. Ja tylko wiedziałem, że jest północna ściana.
To nie do pomyślenia, takie planowanie wyprawy. Zespół powinien się dopełniać, wzajemnie sobie pomagać – przy czym, rzadko kiedy każdy z członków zespołu posiada takie same umiejętności wspinaczki, bo tyle rzeczy nas różni – to jednak zespół, a więc członkowie zespołu zawsze powinni posiadać pełną, zunifikowaną wiedzę o rejonie.
Jadąc na Ortlera zarówno Wojtek, jak i ja, powinniśmy wiedzieć gdzie jesteśmy, co nas czeka, ale z całej naszej dwójki samobójki, tylko on wiedział coś więcej o Ortlerze i jej północnej ścianie, tylko on znał drogę zejściową. Znał jej orientacyjny przebieg, wiedział, że na grani jest schron, chociaż nie bardzo wiedział w którym miejscu, nie mniej, wiedział w którą stronę należy iść, a ja co wiedziałem? Nic.
Zespoły tak nie działają. Inaczej jest w dziewiczym terenie, gdy nic nie wiemy, a inaczej w samym środku cywilizacji.
Biję się w pierś Wojtku, że gdybym wtedy zginął, dałbyś radę zejść, ale ja bez ciebie chyba nie poradziłbym sobie.
- Skrócona perspektywa – bez końca
- Podczas zejścia
9. Taniec śmierci irbisa. Akt samoobrony
– Leć w cholerę! – Krzyknąłem.
Wojtek drgnął zaskoczony i lekko uchylił się przed nią, gdy ja z zachwytem patrzyłem, jak moja śruba leci w dół. Naprawdę cieszył mnie ten widok. Wcale jej nie żałowałem, bo ja nienawidzę irbisów. Każdy zgubiony irbis jest dla mnie impulsem do kupienia nowej, porządnej śruby.
Irbisy to rosyjskie twory. A w zasadzie – radzieckie. Są niczym T-34 podczas drugiej wojny światowej. Wyprodukowano je w olbrzymich ilościach, i podobnie jak Wermacht był zaskoczony radzieckimi czołgami T-34, tak każdy, kto zetknął się z irbisami, nie może wyjść ze zdumienia. Irbisy wszystkich zaskakują lekkością, i na tym kończą się ich zalety. Natomiast ich wady zawsze wywołują drżącą nerwowość – irbisowe ADHD.
Irbisy wykonywane były z kosmicznych odpadów. Gdy wadliwe rakiety rozpadały się na platformach startowych lub gdy ich konstrukcje okazywały się na tyle nieudane, że nie podejmowano prób ich wystrzelenia, zwłoki takich rakiet były zbierane i wywożone na wysypiska. Nie leżały jednak tam długo, ponieważ wykonane z tytanu były prawdziwą żyłą złota, którą dało się zastosować gdzie indziej, na przykład w alpinizmie.
Rosjanie zawsze byli mistrzami improwizacji. Gdy cała Europa zachwycała się ciężkimi, stalowymi śrubami do lodu, Rosjanie na potęgę zbierali tytanowy złom, różnej maści rury i rurki, cięli je, gwintowali, i bez atestów zabierali na najwyższe i najtrudniejsze ściany. Należy jednak powiedzieć, że element przypadkowości zawsze towarzyszył każdej serii irbisów. Ponieważ to nie popyt ustalał zasady produkcji, tylko materiał dostępny na złomowisku.
I tak, niektóre irbisy były cienkie i o małej średnicy, z kolei inne, grube, ale ze śladowym gwintem. Zdarzały się też takie, które swoim kształtem, średnicą i wielkością gwintu dorównywały zachodnim konstrukcjom, jednak to podobieństwo, zawsze kończyło się na podobieństwie. Wszystkie irbisy łączyło kilka zasadniczych wad: były miękkie, błyskawicznie tępiły się ich zęby, czasami zaginały do wnętrza rury, i nigdy nie dawały się łatwo wkręcić w lód.
Trudno się zatem dziwić mojej postawie, i temu, że nie czuję do nich sympatii. Miałem irbisy, bo było mnie tylko na nie stać, ale nigdy nie czułem do nich sympatii. A szczególnie w ścianie. Każdy wyciąg był niekończącą się opowieścią, w której nowy wątek, nowy wyciąg, kończył się dokładnie tak samo. Dużo prościej byłoby opalarką zrobić otwór w lodzie i osadzić śrubę, niż sprawnie wkręcić irbisa jedną ręką.
Irbisy pozbawione są pokrętła, ze śladowym gwintem, kiepsko naostrzone, a nawet, gdy samemu się o to zadba i naostrzy się irbisa przed wspinaniem, on po pierwszym użyciu wraca do fabrycznych ustawień. Taki wbudowany reset sprzętowy. Czy można irbisa wkręcać przez kilka minut? Można, chociaż gdybym przy tym nie był, pewnie nie uwierzyłbym w to.
Wcale jej nie żałowałem. W środku ściany może to nie jest zbyt odpowiedzialne, takie gubienie sprzętu, ale sprzęt zawsze, mimo wszystko, może się zgubić. Należy oczywiście tego unikać, gdy jednak w ścianie wspinacz zmuszony jest wkręcać ten szatański wynalazek za pomocą czekana, wydłużając ramię, niczym mechanik samochodowy, który za pomocą klucza i długiej rury odkręca zapieczoną śrubę, pozbycie się irbisa staje się raczej aktem samoobrony, aniżeli stratą.
Daleko poniżej stanowiska, na którym Wojtek mnie asekurował, irbis odprawiał swój ostatni taniec śmierci. Odbijał się od lodu, nabierał prędkości i mknął w dół, zapewne ze śmiertelnym zawodzeniem, niczym poddźwiękowy pocisk wystrzelony w czeluść północnej ściany Ortlera. Patrzyłem jak znika, i nie potrafiłem wykrzesać z siebie choćby odrobiny żalu. Gdy jednak policzyłem śruby, które mi zostały i spojrzałem w górę na ścianę, odrobinę za nim zatęskniłem – kolejny wyciąg będzie o dziesięć metrów krótszy!
Mieliśmy tylko sześć śrub od Black Diamonda i kolejnych osiem – w zasadzie już siedem – będących owocem radzieckiej myśli technicznej. Kulawej, ale skutecznej na swój własny, pokrętny sposób.
10. czy ja biję w lód za mocno?
To nie jest tak, że najściślejszej czołówce brakuje umiejętności interpersonalnych. Po prostu po przekroczeniu pewnego progu podczas wspinania formalny język działa cholernie wolno. Nie jestem w czołówce, nigdy nie byłem, nigdy też nie będę, ale wiem, że biję w lód za mocno. Nie jest zatem dziwne, że Wojtek stęka z dołu, a w zasadzie, śle w moją stronę stek twardych słów.
Biję w lód zbyt mocno. Przy każdym uderzeniu odrywają się sporych rozmiarów lodowe talerze, które z chrzęstem lecą w dół. Słyszę dobiegające z dołu zawodzenie Wojtka i jest mi przykro, ale lód jest kiepskiej jakości, nie czuję się tu dobrze, nie stoję zbyt dobrze, i zdecydowanie bardziej wolę obarczyć Wojtka latającymi kawałkami lodu, niż wyłapywaniem mojego lotu. Odległości między przelotami są spore, a punkty asekuracyjne na wrednych irbisach nie są jakoś gigantycznie dobre. Biję zatem zapamiętale, przyjmując na klatę ostre słowa dobiegające z dołu.
Na północnej ścianie Ortlera (Nordwand) lodowiec w wielu miejscach osiąga nachylenie 80 stopni. Z pewnej odległości dość łatwo zauważyć wyraźne spiętrzenia lodowca, który płynąc do podstawy ściany, gdzieś tam w głębi góry naciera na skalne wybrzuszenia. Z biegiem lat te skalane spiętrzenia zostaną zeszlifowane do zera przez ciężki lód, ale teraz w ścianie, dla mnie i dla Wojtka te lodowe garby stanowią nie lada wyzwanie – lód jest twardy, a miejscami nawet przewieszony.
Do grani pozostało może kilka wyciągów, dlatego jeżeli tylko mogliśmy, lawirowaliśmy między lodowymi wybrzuszeniami, szukając raczej formacji wklęsłych, które dawały się łatwiej i szybciej pokonać. Było już późne popołudnie, a my nadal tkwiliśmy w ścianie.
11. Asekuracja lotna. Zapamiętywanie
– Loooootnaaa! – Krzyknąłem co sił w płucach w stronę Wojtka. Stał na stanowisku, lekko zgarbiony, wyraźnie zmęczony i było po nim widać, że pierwsza faza hipotermii zadomowiła się u niego już na stałe – drżał niczym osika na wietrze.
– Cooooo? – Odkrzyknął. Wiatr blisko grani wzmógł się, ledwo mnie słyszał.
– Looootnaaaa! – Krzyknąłem ponownie, dając mu jednocześnie znak ręką w stronę grani szczytowej – była już chyba blisko.
Wychodząc na całą długość liny osiągnąłem formację, która wyglądała jak ostrze tępego noża – z jednej strony stromo opadała na północną ścianę, a z drugiej prowadziła na południe. Wypłaszczenie?
Ta lodowa formacja, żebyście mnie dobrze zrozumieli, wyglądała niczym ciągnący się w nieskończoność graniastosłup trójkątny. Geometria góry, pozornie zdradliwa, czyniła jednak tę wspinaczkę z każdym krokiem coraz łatwiejszą. Była to grań boczna – jakaś odmiana od stromej, północnej ściany – która, jak przypuszczałem, chociaż krótka, prowadziła w teren płaski, łatwy. Trzymałem się tej grani za wszelką cenę, idąc raz po jednej jej stronie, innym razem po drugiej. Podświadomie wiedziałem, że o to zamykamy ścianę.
W opisach poświęconych wspinaczkom na północnej ścianie Ortlera natknęliśmy się na taki opis: zespoły próbujące pokonać linie narażone są na ostrzał lodem, kamieniami wytapianymi z seraków na grani, oraz w przypadku złych warunków śniegowych, na lawiny. Na drodze znajdują się dwa zwężenia, które należy przejść możliwe szybko, najlepiej jeszcze przed wschodem słońca, aby uniknąć spadających z góry kamieni i lodu, oraz potężnych nawisów śnieżnych, które formują się nad północną ścianą.
Grań boczna, w zasadzie, taka swoista grańka – do dziś sam nie wiem jak duża – była tym miejscem, tą formacją wokół której tworzą się depozyty śniegu. Z czasem, gdy przybywa przewianego śniegu i gdy operuje wiatr, na tym fundamencie konstruują się potężne, przeczące prawom grawitacji, nawisy śnieżne – takie formacje zawsze są przerażające.
Na wyprawie w Pakistanie – wybaczcie mi te ciągłe dygresje, uciekanie w przeszłość – kolega Jakub, mój partner wspinaczkowy, zażartował sobie mówiąc: siedzimy pod wielkim nawisem, ale go nie widzimy, więc jesteśmy bezpieczni – i chyba dużo w tym miał racji. Gdy oczy nie widzą zagrożenia, zaczynamy odnosić wrażenie, że miejsce, w którym się znajdujemy, wcale takie straszne nie jest. Jest to jednak złudzenie, bowiem, gdy nie kontrolujemy ekspozycji, stajemy się podatni na błędy i zagrożenia.
Ekspozycja jest niczym tygrys czający się w mrokach lasu. Gdy spojrzymy tygrysowi w oczy, gdy skonfrontujemy się z nim, jego ruch jakby zamiera, gdy jednak odwracamy się do niego tyłem, gdy go ignorujemy i przestajemy kontrolować miejsce, w którym się znajduje, niepostrzeżenie zbliża się, skrada i wreszcie błyskawicznie atakuje.
Zespół, który wspinał się na tej ścianie przed nami uległ temu mirażowi. Wybrali się na wspinanie zbyt późno. Gdy dotarli do drugiego niebezpiecznego zwężenia na ścianie słońce już mocno operowało na grani. Promienie słońca potrafią przełamać największe lody, uśmiechamy się wtedy, eksponujemy nasze zmarznięte policzki i nos, byleby tylko poczuć to krzepiące ciepło, ale mimo że grań pozostaje martwa, w takich warunkach zawsze zaczyna ożywać.
Lód topnieje, a zmarznięte kamienie jakby ożywają, malutkie, czasami odrobinę większe zawsze krzyczą, jakby umówiły się wszystkie razem, gdzieś tam w lodowej otchłani na dole. Pędzą po stoku, gwiżdżą, turlają się ciężkie z upiorną lekkością, taki swoisty kamienny taniec śmierci. To ich podróż przez szkołę życia, a może bardziej precyzyjnie, nasza podróż przez szkołę przeżycia?
Zespół przed nami dał się oszukać. Nie wiem, czy była to wina braku doświadczenia, ohh nie... nie wolno mi tak mówić, w końcu ich sama obecność w takim miejscu stanowiła dowód nabycia praw własności do tego czasu, ale.. no właśnie, zespół przed nami dał się oszukać. Weszli w ścianę zbyt późno, i gdy osiągnęli drugie zwężenie, kamienny taniec trwał już w najlepsze. Zatańczyli!
Znam ten dźwięk, gdy potężny kamień wielkości solidnej lodówki przelatuje nad głową. Słyszy się ten dźwięk jeszcze na kilka chwil przed kontaktem wzrokowym. Gdy patrzy się na taki kamienny pocisk odnosi się wrażenie, że jest czas na reakcję. Dopiero chwilę później słysząc go tuż nad głową, ten potężny basowy dźwięk... łuf... łuf... łuf... – onomatopeja – uzmysławiamy sobie, że daliśmy się oszukać, nic nie kontrolujemy. Możemy jedynie być świadomi tej chwili. Czy człowiek w zespole przed nami był świadomy chwili swojej śmierci?
Gdy byli w drugim przewężeniu, a więc w miejscu, gdzie przestrzeń ściany jest ściskana, taliuje się, zwęża niemalże do niewielkiej osobliwości, doszło do uderzenia. Potężny kamień trafił wspinacza w głowę totalnie ją rozbijając. Taka śmierć przynajmniej nie boli, ale widok rozrzuconych szczątków ciała swojego przyjaciela od liny potrafi być druzgocący.
Tak strasznie mi było żal tych dwóch ludzi. Tak strasznie sam się bałem. Chociaż jeden przeżył wypadek, jestem przekonany, że wraz ze śmiercią swojego przyjaciela również umierał – o wiele bardziej boleśnie, o wiele dłużej, a potem w domu wciąż to samo. Zapamiętywanie i rozpamiętywanie.
- Śmiertelne zwężenie. Klepsydra
12. Wierzchołek Ortlera. Miraż bezpieczeństwa
Siedziałem na śniegu mocno wkopany nogami i wybierałem linę w przyrządzie do asekuracji. Osiągnąłem grań, a w zasadzie jej obszerne wypłaszczenie rozciągające się na południową stronę i asekurowałem Wojtka. Po paru minutach wspiął się na wierzchołek naszej grańki bocznej i wolno skierował w moją stronę. Kroki, które stawiał był ciężkie, a na jego twarzy malowało się zmęczenie i wyraźne zdumienie.
– To już? – Wyspał. Jego płuca ciężko pracowały. Tłoczyły powietrze niczym potężny kowalski miech.
– Tak, to ju... już... – odpowiedziałem dławiąc się od podmuchu wiatru. Wiatr wciąż był silny, a odnosiłem wrażenie, że jeszcze przybrał na sile. W ścianie dawał się we znaki, gdy niczym nacierająca husaria przewalał się przez nas i ponad nami, z przeciągłym wyciem. Jednak tutaj, na wypłaszczeniu, na grani prowadzącej ku szczytowi, przeobraził się w szatańską szarżę — bezlitosną, agresywną, nieludzką.
– Tam jest wierzchołek – odwróciłem się w stronę Wojtka, jednocześnie unosząc rękę w stronę widocznego na szczycie krzyża. – Chodźmy tam...
– Nigdzie już nie idę! – Zaskoczyła mnie ta deklaracja.
– Nie chcesz wejść na szczyt?
– Ścianę chciałem pokonać, pokonałem – powiedział, by zaraz jeszcze dodać – serio, nie mam już sił. Idź na szczyt. Jeden z nas zdobędzie wierzchołek i plan zostanie wykonany.
– W porządku... idę... – wysapałem.
– Ja w tym czasie sklaruję linę!
Kciukiem uniesionym wysoko w górę dałem mu do zrozumienia, że przyjąłem i powłócząc nogami ruszyłem na wierzchołek. Piętnaście minut później stałem na szczycie, czułem radość ze zdobycia ściany i góry, ale nie ulegałem mirażowi. To dopiero połowa drogi. Nasza namiastka domu, poliamidowy namiot czekał nas nas ponad 1200 metrów niżej, a droga powrotna była kręta i bardzo trudna.
– Dobra, idziemy... w którą stronę? - Gdy wróciłem do Wojtka było to moje pierwsze pytanie.
– Pójdziemy wzdłuż grani, trzymając się jej ściśle, aż natrafimy na schron.
– To może się udać.
– Musi!
13. Bivacco Lombardi Na Ortlerze
Wiatr rwał liny stalowe przytwierdzonego do skały schronu. Malutki domek, buda dla psa, wąska, wykonana z twardej, odpornej blachy, drżała od nacierającego wiatru. Liny stalowe, które trzymały go w miejscu wyły niczym stado wilków szykujących się na polowanie.
Nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Czy schron był otwarty? Czy były w środku łóżka i koce? Wreszcie, czy była w nim... woda? Cierpieliśmy z pragnienia. Chociaż jedno pragnienie ugasiliśmy zdobywając ścianę, to bardziej przyziemne mocno nam doskwierało. Gorąca herbata znikła nam jeszcze w ścianie, a my nie mieliśmy gazu, maszynki do gotowania, kubków, ani żadnego prowiantu. No, może poza trzema cukierkami, które jakimś dziwnym trafem zawieruszyły się w zakamarkach kieszeni i przetrwały czas w ścianie.
Gdy weszliśmy do schronu naszym oczom ukazały się piętrowe prycze obłożone grubymi kocami, wąski stół i ława do siedzenia i nic więcej. Przez dłuższą chwilę rozglądaliśmy się za jakimś prowiantem, jakimiś kalorycznymi niespodziankami, ale schron Bivacco Lombardi był pusty.
Gdy zamknęliśmy z trudem drzwi, odgarniając sporą ilość śniegu, która wdarła się do środka wraz z wiatrem, usiedliśmy na ławie i przybiliśmy sobie piątkę.
– Ściana jest nasza, góra jest nasza – powiedział Wojtek.
– I nikogo poza nami tuta nie ma – dodałem lekko uśmiechając się. Moje oczy błądziły po zakamarkach schronu w poszukiwaniu jakiś niespodzianek.
– Masz jakieś jedzenie? – Zapytałem.
– Nic już nie mam.
– Ja też nie, no może poza tym trzema cukierkami – powiedziałem i położyłem je na stole. – To będzie nasze śniadanie!
– Woda?
– Pusty termos.
– Cholera, też już nic prawie nie mam – powiedział Wojtek odkręcając kubek. W środku coś delikatnie chlupotało, ale było tego jak na lekarstwo. Ostrożnie rozlał część zimnej herbaty do mojego i swojego kubka. Resztę pozostawił na rano. Po dwóch łykach zbawiennego płynu zaczęliśmy się rozglądać po naszym skromnym domku.
Wiatr za stalową osłoną szalał, wył, zawodził, niczym śmiertelnie niebezpieczna bestia. Próbował nas dopaść, rozszarpać, rzucić w przepaść, ale nie mógł się przebić przez stalową zasłonę. Był niczym drapieżnik świadomy swojej przewagi, potężnej siły, a jednak bezsilny w starciu z cienką blachą. Jego wściekłość była naprawdę niepokojąca. Cały schron drżał pod naporem potężnych podmuchów. Czuliśmy każde mocniejsze uderzenie wiatru i słyszeliśmy przeciągłe zawodzenie stalowych lin, które niczym struny odgrywały na wietrze całą gamę dźwięków. Byliśmy jednak bezpieczni.
Po kilku minutach poszukiwań pod stołem znaleźliśmy małą butelkę Coca-Coli. Była jednak pusta. Szybko wpadłem na pomysł, by napchać do niej śniegu zebranego w przedsionku, a następnie schować tak wypełnioną butelkę pod koszulkę z wełny merynosa. Moje ciało miało stać się wytapiarką śniegu, naturalną przetwornicą, która po kilku godzinach zwróci nam odrobinę płynu.
Jedliśmy śnieg. Na tę chwilę było to jedyne rozsądne rozwiązanie. Wody! Pragnęliśmy mnóstwa wody!
- Piękny poranek
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
14. Czy koszmary można zdusić snem?
Nawet największy koszmar można zdusić snem. W końcu przychodzi zawsze taki moment, w którym człowiek nie ma już siły bać się dalej. Wtedy sen staje się lekarstwem, przesłoną, za którą można ukryć się przed światem. Sny nie zmieniają rzeczywistości, nie uciszają wiatru, ale potrafią sprawić, że na pewien czas przestajemy odczuwać ciężar istnienia, ale... nawet największy koszmar może stać się jeszcze większym, gdy wtargnie do naszych snów!
Bum! Obudziłem się zlękniony. Schronem potężnie szarpnęło. To chyba wiatr naparł, natarł jak szalony, i rozbił się o stalowe schronienie. Liny odciągowe schronu napięły się mocno, i miałem wrażenie, że jakby coś puściło, zaskrzypiało, zatrzeszczało, pękło na zewnątrz, a schron zadrżał w posadach. Usłyszałem ruch na pryczy Wojtka.
– Słyszałeś? – Spytałem.
– Tak, coś strzeliło – odpowiedział Wojtek. - Obudziło mnie to!
– Rany, co robimy?
– Cóż możemy... ale sprawdziłem wcześniej prognozę pogody. Rano ma być już spokojnie. Wiatr osłabnie i będziemy mogli zacząć zejście – uspokoił mnie Wojtek.
– Mam trochę wody. Chcesz łyka? – Zapytałem. Wytapiarka działała, ale była cholernie wolna.
Koce na pryczach okazały się wyjątkowo ciepłe. Może odrobinę drapały w twarz, gdy ich szorstkie włókna ocierały się o policzki, ale w tamtej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Kiedy wsunąłem się pod dwa grube blankiety, poczułem falę wszechogarniającego ciepła. Błogość powoli rozlewała się po ciele, docierała do zziębniętych ramion, pleców i nóg. Obejmowała mnie niczym niewidzialne ramiona, odgradzając od wszystkiego, co jeszcze przed chwilą wydawało się nie do zniesienia.
Tym razem nie musiałem walczyć o ciepło. Nie musiałem niczego zdobywać. Wystarczyło, że leżałem nieruchomo, otulony kocami i pozwalałem, by przyjemne ciepło powoli rozbrajało napięcie. Gdyby tylko nie ten wiatr szarpiący schronem. Sen jednak szybko powrócił.
- Żeby zejść trzeba wejść
15. Osiemdziesiąt centymetrów drogi
– Dwa tysiące siedemset trzydzieści trzy. Dwa tysiące siedemset trzydzieści cztery. Dwa tysiące siedemset trzydzieści pięć. Dwa tysiące... – Wojtek zatrzymał się i wsparł na kijach trekkingowych. Na kilka chwil przestał mówić. Na jego twarzy było widać, że coś mu doskwiera.
– Po co liczysz? – Zapytałem.
– Napiszemy o tym w artykule i będzie fajnie... – Odpowiedział z grymasem bólu na twarzy.
– Hm...?
– Tak naprawdę to boli mnie strasznie palec – powiedział po chwili. – Licząc kroki skupiam się na drodze, a nie na bólu.
Dawniej pojedynczy krok był miarą długości. Stosowany w wojsku i kartografii posiadał ściśle określoną wartość. Reprezentował miarę, rytm i porządek. Osiemdziesiąt centymetrów. Jeden krok. Niewielka odległość, która sama w sobie nie znaczy prawie nic, ale powtórzona sto razy daje osiemdziesiąt metrów, a powtórzona tysiąc razy — osiemset. Z pojedynczych ruchów powstaje droga, z drogi — przejście, a z przejścia — doświadczenie, które pozostaje z nami długo po tym, gdy znikną ostatnie ślady naszej wspinaczki.
Być może cała sztuka polega na tym, by nie wybiegać myślami zbyt daleko. By nie pozwolić, żeby odległość dzieląca nas od celu odebrała znaczenie temu, co znajduje się tuż przed nami. Osiemdziesiąt centymetrów nie musi być wielkim osiągnięciem. Nie musi też prowadzić do spektakularnego sukcesu. Wystarczy, że jest kolejnym odcinkiem drogi, który możemy przejść świadomie, uważnie i najlepiej, jak potrafimy. Ostatecznie żadna droga nie składa się z jednego wielkiego kroku. Ani ta wojskowa, ani górska, ani ta, którą każdy z nas pokonuje przez życie. Wszystkie wymagają tysięcy małych decyzji, wysiłku, cierpliwości, często kompromisów.
Niektóre kroki stawiamy pewnie, inne z wyraźnym wahaniem. Czasami idziemy szybko, czasami zatrzymujemy się na długo. Bywa, że musimy zawrócić, zmienić kierunek albo pogodzić się z tym, że dalej nie możemy już iść. I może właśnie w tym tkwi sens całej wędrówki. Nie w tym, żeby za wszelką cenę znaleźć się na końcu drogi, lecz w tym, żeby nie przeoczyć drogi samej w sobie.
– Pięć tysięcy siedemset! – Zawołał triumfalnie Wojtek otwierając drzwi do samochodu.
– Ale... że co?
– Noo... Pięć tysięcy siedemset kroków. Tyle zajęło nam zejście z obozu na parking samochodu.
– Aaa.. rozumiem – powiedziałem, po czym uśmiechnąłem się do swoich myśli. Zejście do samochodu zajęło nam 5700 kroków...
– To ile to będzie ile metrów? – Zadałem pytanie.
– Nie wiem, ale jak wrócę do domu to sprawdzę.
Tego dnia, gdy staliśmy przy samochodzie, próbowaliśmy sobie to jakoś przeliczyć. Nie był to jednak idealny moment na matematykę, więc dość szybko zaniechaliśmy liczenia. Niemniej ziarno zostało zasiane, a gdy wreszcie wróciliśmy do domu i pojawił się temat napisania artykułu, krok wojskowy powrócił.
Osiemdziesiąt centymetrów. W dawnych regulaminach wojskowych krok miarowy miał około 0,8 metra. Nasz krok, z uwagi na trudności terenowe oraz kontuzję Wojtka, był krótszy. Oszacowaliśmy go na około 0,6 metra, co w przeliczeniu dało nam 3420 metrów. 5700 kroków. 3420 metrów. Taka odległość dzieliła nas od parkingu do miejsca, w którym obozowaliśmy. Tylko 3420 metrów. Tylko 5700 kroków. Tylko Ortler Nordwand.
- Żeby zejść trzeba wejść
- Zejście z Ortlera
- Czy my naprawdę schodzimy?
16. Narracyjna fikcja. Rozprawa z samym sobą
Kiedy patrzę na te liczby, wszystko wydaje się zaskakująco proste. Trzy kilometry z kawałkiem. Odległość, którą w normalnych warunkach można przejść w niespełna godzinę, może trochę dłużej, jeśli droga jest stroma. Na mapie to ledwie fragment kreski, niewielki odcinek pomiędzy dwoma punktami. A jednak za tymi liczbami kryło się coś, czego nie sposób zmierzyć żadną miarą. Zmęczenie, niepewność, ból, walka z terenem i świadomość, że każdy kolejny krok wymaga wysiłku. Nie pamiętaliśmy przecież tych metrów jako równych odcinków przestrzeni. Pamiętaliśmy je jako konkretne chwile, trudne podejścia, postoje, oddechy i decyzje.
Pięć tysięcy siedemset kroków. Gdybyśmy mieli liczyć każdy z nich, prawdopodobnie stracilibyśmy rachubę już na samym początku. A może właśnie w tym tkwiłby sens takiego liczenia? W stopniowym odkrywaniu, że wielka droga nie jest niczym więcej niż sumą drobnych odległości. Że nie pokonuje się jej jednym wielkim wysiłkiem, lecz setkami i tysiącami powtarzalnych ruchów. Jeden krok, potem drugi, następny i kolejny. Bez gwarancji, że za chwilę będzie łatwiej. Bez pewności, ile jeszcze ich pozostało.
Być może o to chodzi w alpinizmie – alpinizm jest drogą. Nie jest celem samym w sobie, nie chodzi o to, żeby zdobyć szczyt, chociaż samo zdobycie szczytu zawsze jest ukoronowaniem pewnej drogi. Nie mniej, 3420 metrów, 5700 kroków sprawiło, że chyba po raz pierwszy spojrzałem na wspinaczkę z innej perspektywy. Tą perspektywą była samoświadomość wpisana w ruch, w której nie skala drogi była istotna, lecz to, co musieliśmy przeżyć, by ją pokonać.
– Liczyłem kroki, żeby zobaczyć, jak daleko zaszedłem, bo cholernie bolał mnie palec…
– No i sam widzisz… coś w tym jest! – Spojrzałem na Wojtka.
– Prozaiczny palec sprawił, że zacząłeś dorabiać do tego całą filozofię.
– Ale to ty liczyłeś kroki – zauważyłem.
– No właśnie! Ja liczyłem kroki, bo bolał mnie palec. A ty na podstawie moich obliczeń zacząłeś rozważać sens alpinizmu. Widzisz różnicę?
Nie odpowiedziałem od razu. Musiałem przyznać, że coś w tym było. Wojtek miał swoje 5700 kroków, ja zaś miałem z nich zrobić coś więcej. On mierzył przebytą drogę, ja próbowałem zrozumieć, co się podczas niej wydarzyło.
– No dobrze, ale przecież jedno nie wyklucza drugiego – odparłem. – Ty liczysz kroki, a ja się zastanawiam, dokąd nas zaprowadziły. W sumie całkiem niezły podział obowiązków. Wojtek pokręcił głową i uśmiechnął się pod nosem.
– Piotrek, ty to nawet z bólu palca potrafisz zrobić rozprawę filozoficzną – uśmiechnął się serdecznie.
Roześmiałem się. Może rzeczywiście miał trochę racji. Nie potrzebowałem przecież żadnego wielkiego odkrycia, żeby uzasadnić to, co czułem. Nie każda droga musi prowadzić do olśnienia, nie każdy szczyt musi zmieniać człowieka. Czasami po prostu idzie się przed siebie, liczy kroki, bo coś boli, i próbuje dotrzeć do celu.
A jednak nie potrafiłem pozbyć się myśli, że właśnie w tym tkwi coś istotnego. Wojtek policzył 5700 kroków. Ja zobaczyłem w nich drogę, która miała znaczenie nie tylko ze względu na pokonany dystans, ale również na to, co wydarzyło się pomiędzy pierwszym a ostatnim krokiem. Być może alpinizm właśnie na tym polega. Nie na tym, żeby za wszelką cenę dopisywać górom głębszy sens, lecz na tym, że czasami ten sens pojawia się sam, nawet jeśli zaczyna się od zwykłego liczenia kroków i bolącego palca.
- Wojtek na tle naszej ściany
17. podsumowanie wspinaczki. Ortler Norwand
Na wierzchołku zameldowaliśmy się po 15 godzinach od wyjścia z namiotu. Pewną część drogi przeszliśmy wspinając się bez asekuracji. Od drugiego zwężenia w ścianie do grani wyprowadzającej na szczyt zrobiliśmy 11 wyciągów, z czego półtora przeszliśmy z lotną asekuracją.
W trakcie wspinaczki towarzyszyły nam: silny wiatr, którego podmuchy osiągały 65 km/h, niska temperatura, słaba widoczność, nieustający opad śniegu i tak było do poranka następnego dnia.
Ze szczytu schodziliśmy drogą normalną, z noclegiem w biwaku (schronie) Lombardiego, na wysokości 3316 metrów. Przez całą noc towarzyszyły nam silne podmuchy wiatru, które wprawiały metalowy schron w nieustające drżenie.
Koło godziny 8 rano wiatr ustał, wyszło słońce i pogoda znacząco się poprawiła. Gdy osiągnęliśmy obóz (namiot) spakowaliśmy się i z ciężkimi plecakami ruszyliśmy do Sulden. W trakcie drogi Wojtek liczył kroki i był w tym bardzo sumienny. Na pytanie, po co to robi, powiedział: napiszemy o tym w artykule i będzie fajnie. A tak naprawdę, strasznie boli mnie palec. Licząc kroki skupiam się na drodze, a nie na bólu.
Zejście do samochodu zajęło nam 5700 kroków, co w przeliczeniu na średni krok daje około 3420 metrów. Dawniej pojedynczy krok był miarą długości stosowaną głównie w wojsku i kartografii, ale posiadał ściśle określoną wartość. W wojsku Polskim przetrwał do II Wojny Światowej, a w kawalerii do jej rozwiązania w 1947 roku.
Miara średniego kroku wynosiła około 0,8 metra (nie wchodząc już głęboko w szczegóły dotyczące źródeł i rozbieżności z tym związanych). Nasz krok był krótszy i oszacowaliśmy go na około 0,6 metra.
- Nasza droga wspinaczki
18. Punkt widzenia zawsze zależy od człowieka
O to wiadomość od Wojtka, otrzymana rok później, gdy poprosiłem go o napisanie swojej wersji wydarzeń z tego dnia wspinaczki.
Piotrku,
Ciężko opisać, zwłaszcza po roku, co czułem, patrząc na ślady tragedii, która wydarzyła się na tej samej drodze raptem 2 dni wcześniej, ale nie były to jakieś bardzo egzystencjalne przemyślenia, raczej niepokój i lekka złość, że tyle rzeczy jest przeciwko nam na tej ścianie.
Już jak walczyliśmy z samochodem, z niepokojem spoglądałem na ścianę, przy której widać było śmigłowiec ratowniczy. Gdy poszedłem do banku (z tym miłym Niemcem, który nam pomógł), dowiedziałem się, że był tam śmiertelny wypadek. Wówczas poczułem się nieswojo. Nie był to jednak strach ani zwątpienie, a raczej poczucie, że ta góra chce nas wystraszyć, spowodować, żebyśmy zrezygnowali. Jak inaczej tłumaczyć zepsucie się samochodu w miejscu, w którym mieliśmy idealną widoczność na to, co rozgrywało się na Nordwandzie? Zastanawiałem się nawet, czy Ci o tym mówić, żeby nie psuć nam nastroju, ale tylko przez chwilę. Nie mogłem tego przed Tobą przecież zataić :)
Gdy byłem na stanowisku, doszło do mnie, co stało się 2 dni wcześniej. Wiesz, gdy zakładaliśmy stanowisko, żaden z nas nie zauważył tych śladów tragedii. Dopiero gdy poszedłeś wyżej, a ja, asekurując Cię, chroniąc twarz przed spadającym lodem, wiatrem i śniegiem, spojrzałem właśnie w to miejsce. Pamiętasz, że już na podejściu mijaliśmy żółte kawałki roztrzaskanego kasku, a potem fragmenty pianki? Wtedy już wiedziałem, że natrafimy na ślady wypadku także wyżej i niestety nie pomyliłem się.
Stanowisko założyliśmy w takim miejscu, że niesamowicie niewygodnie było mi asekurować, obracając się w inną stronę, więc po prostu co jakiś czas musiałem patrzeć w to feralne miejsce. Był to widok bardzo nieprzyjemny, przez to także miejsce, w którym stałem, odbierałem jako niesamowicie ponure. W końcu 2 dni wcześniej zginął tu człowiek, który tak jak my wybrał się tu, żeby fajnie spędzić czas, realizować swoją pasję, czerpać garściami z życia, które tak brutalnie zostało zakończone. Było mi żal tej osoby i jej potencjalnej rodziny, jednak nie myślałem wówczas wiele, raczej chciałem z tego stanu jak najszybciej sobie pójść, opuścić to ponure miejsce.
W mój kask co chwila uderzały kawałki lodu spod Twoich czekanów. Pamiętasz, jaki ten lód był kruchy? Każde uderzenie większego kawałka lodu w mój kask powodowało, tak mi się wydawało, olbrzymi huk i wywoływało lekkie poczucie niepokoju. Z jeszcze większą niecierpliwością czekałem, aż dokończysz wyciąg, dojdę do Ciebie i przejmę prowadzenie, bo jak prowadzę, to się wyłączam. Jednak wciąż miałem w głowie myśl, którą powtarzałem jak mantrę: przecież nam to się nie zdarzy, nie nam!
Gdy zaczynaliśmy ten wyciąg, było strasznie ponuro: szaruga, bardzo silny wiatr, którego podmuchy także zmuszały mnie do patrzenia na rozbryzgany mózg, bo tylko wtedy moja twarz była całkowicie osłonięta od wiatru. Dodatkowo ten cholerny grzyb, który wisiał nad moją głową. W takich sytuacjach staram się nie myśleć, nie analizować. Jeszcze przed tym, jak założyłeś kolejne stanowisko, ogarnąłem ten stan, tak abym tylko wykręcił śruby i pognał jak najszybciej do Ciebie.
W końcu krzyknąłeś: Mam auto! Wtedy dosłownie pobiegłem do Ciebie, ile miałem sił. Pamiętam doskonale, że kolejne 2 wyciągi przez mocno spionowany lód prowadziłem ja. To pozwoliło mi się oderwać od tego obrazu z pierwszego stanowiska, skupiając się tylko na kolejnych ruchach i tych kilkunastu wyciągach przed nami. Wszystko inne przestało się liczyć!
19. Wielka galeria zdjęć
- Asekuracja ze stanowiska
- Piotr na pierwszym wyciągu
- Piotr Picheta na kolejnym wyciągu
- 2000 metrów nad doliną!
- Nasza ściana na wprost
- Zejście z Ortlera
- Jeszcze tylko trochę…
- Schodzimy do Sulden
- Żeby zejść trzeba wejść
- Wojtek na tle naszej ściany
- Czy my naprawdę schodzimy?
- Żeby zejść trzeba wejść
- Żeby zejść trzeba wejść
- Sulden czyli Solda
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- Bivacco Lombardi Na Ortlerze
- Piękny poranek
- Nasza północna ściana
- Wojtek na prowadzeniu
- Podczas zejścia
- Wojtek
- Rozpoznawanie terenu
- Wojtek na prowadzeniu
- Asekuracja. Pierwszy wyciąg
- Niebezpieczne pola śnieżne
- Jeszcze bez liny
- Niebezpieczne zejście
- Śmiertelne zwężenie. Klepsydra
- Wojtek na podejściu
- Lawiny gruntowe
- Wojtek dokonuje pomiaru ściany
- W ścianie
- Nasza droga wspinaczki
- Rozłożysty Ortler. Dominant nad całą okolicą












































