
Rzecz o asekuracji. Stanowisko niejednoznaczne
3 listopada 2025
AKLIMATYZACJA | ALPINIZM | ALEKSANDER KUZNIECOW | BEZPIECZEŃSTWO W GÓRACH | BOGINI DALI | CAUCASUS | FILM GÓRSKI | GRUZJA | KAUKAZ | KONTRAKT ZAUFANIA | LODOWIEC | LUSTRO USZBY | MATTERHORN KAUKAZU | KUTAISI | MAZERI | MESTIA | MICHAIŁ MISZA CHERGIANI | PIERWSI ZDOBYWCY USZBY | SKAŁY NASTENKO | STREFA ABLACJI | STREFA AKUMULACJI | SWANECJA | SWANETIA | SWANOWIE | SVANETI | USHBA | USHGULI | USZBA | USZBA PÓŁNOCNA | USZBIJSKA PODUSZKA | USZBIJSKI LODOSPAD | USZBIJSKIE PLATEAU | WIEDŹMA | WILCZYCA KAUKAZU | WODA NA LODOWCU | WSPINACZKA WYSOKOGÓRSKA | WYPRAWA EKSPLORACYJNA | WYPRAWA WYSOKOGÓRSKA | ZESPÓŁ GÓRSKI
Spis treści
- 1. A w dole Swanecja
- 2. Uszba nie drużba
- 3. Matterhorn Kaukazu – Uszba – Wiedźma –Wilczyca
- 4. Logistyka i przebieg wyjazdu na Uszbę
- 4.1. Dzień pierwszy: Balice - Kutaisi
- 4.2. Dzień drugi: tranzyt z Kutaisi do Mesti
- 4.3. Dzień trzeci: Mazeri - Trekkers Inn – Uszbijski wodospad – Memoriał
- 4.4. Dzień czwarty, piąty i szósty: Uszbijski Mordor. Kiełbasa. 10 kroków
- 4.5. Dzień siódmy i ósmy: Plateau. Tron. Atak szczytowy
- 4.6. Dzień dziewiąty: Złudzenie stałości. Gdy droga prowadzi przez lodowiec
- 4.7. Dzień dziesiąty: Jaskinia. 120 GB danych. Akcja ratunkowa
- 4.8. Dzień jedenasty, dwunasty i trzynasty: Mestia. Pathfinder. Ushguli. Schara
- 5. Zespół jako system bezpieczeństwa. Kontrakt zaufania
- 6. Podsumowanie wyjazdu na Uszbę Północną (Northern Ushba)
- 7. Nasze filmy z wyjazdu na Uszbę
- 8. Moja literatura, linki, artykuły o Uszbie
- 9. Wielka galeria zdjęć z Uszby
1. A w dole Swanecja
Dopóki istnieją góry, będą ślady na zboczach, będą notatki na szczytach, a może nawet znajdą się śmiałkowie, którzy na wzór dawnych swaneckich bohaterów, wezmą ze sobą polana i na szczycie wielkiej góry, na przekór wszystkim niedowiarkom, rozpalą ognisko, by udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych.
Swanowie nie chcieli uwierzyć, że ludzie mogli być na Uszbie. Wtedy Kibolani wziął ze sobą kilka polan drewnianych, wszedł samotnie na szczyt i rozpalił tam ognisko.
Nie każdemu dana jest możliwość walki samowtór z Uszbą. Nie ma jednak większego szczęścia dla alpinisty, jak ujarzmić ją, zwyciężyć, stać się jej władcą. Kto wygrał tę walkę, ten przede wszystkim zwyciężył samego siebie, swoją słabość, swój strach, wszystko, co było w nim marnego, przyziemnego, płytkiego. Ten, kto wspiął się na Uszbę, na zawsze uwierzy w siebie. Nic go wtedy nie może złamać ani zastraszyć, nic go nie zatrzyma w najbardziej zuchwałych marzeniach i czynach. (Cytaty w niniejszej opowieści pochodzą z książki Aleksandra Kuzniecowa pt. „A w dole Swanecja”, rok wydania 1976).
Uszba (Ushba) przez setki lat postrzegana była jako góra niemożliwa do zdobycia, najtrudniejsza i najstraszniejsza na Kaukazie, skrajnie wroga i śmiertelnie niebezpieczna. Jeżeli już ktoś był gotowy zmierzyć się z nią, a wielu próbowało, to na pewno był szaleńcem, albo niespełna rozumu marzycielem.
Dla dumnych Swanów, którzy od stuleci zamieszkiwali hale i doliny u stóp Uszby, wspinaczka, alpinizm, walka z górami wysokimi nigdy nie przynosiła żadnych materialnych zysków, a przynajmniej nie od razu, ale za to pozwalała zdobyć coś o wiele cenniejszego - wartości duchowe, wiarę w samego siebie i poważanie wśród lokalnej społeczności. Dla mieszkańców Swanecji alpinizm zawsze był sportem narodowym, chociaż na Uszbie ci ludzie nie stanęli jako pierwsi.
- Fot. Marian Bała
- W oddali widoczna dwuwierzchołkowa Uszba (Ushba). Fot. Marian Bała
- Fot. Marian Bała – wspinaczka na Uszbę
- Fot. Marian Bała
Uszba (Ushba - Wilczyca Kaukazu) po raz pierwszy została zdobyta w 1888 roku przez brytyjskiego wspinacza Johna Garford Cockina i szwajcarskiego przewodnika Ulricha Almera (zdobyli oni wówczas wierzchołek północny o wysokości 4697 m.). Wierzchołek południowy, trudniejszy i wyższy, o wysokości 4710 metrów, zdobyty został wiele lat później, bo dopiero w 1903 roku przez dziesiątą z kolei wyprawę. W jej skład weszli między innymi wspinacze z Niemiec, Szwajcarii i Austrii.
W Górnej Swanecji ogólnym szacunkiem cieszą się szoferzy, a szczególnym lotnicy (…) Ale dla nikogo nie zauważycie tak ciepłego, serdecznego stosunku, jak dla alpinistów. Dobry alpinista według przekonania Swanów to prawdziwy mężczyzna.
Skąd to przekonanie? Być może stąd, że Swanetia, szczególnie jej górna część ze stolicą w Mesti, przez wiele stuleci była kojarzona z krainą ciszy i spokoju, ale była też symbolem dumnego umiłowania wolności. Wielokrotnie najeżdżana, przez stulecia broniła swojej niezawisłości — dzika i niezdobyta. Nawet w obecnych czasach, w których transport stał się tak prosty, oczywisty, Swanetia wciąż jest trudno dostępna — pełna wściekłych potoków, górskich złotonośnych rzek (np. rzeka Ingurii, u źródeł której zrodził się mit złotego runa), wąskich i stromych dolin, wreszcie lichych i trudnych do pokonania dróg. (zob. też art. pt. Wspaniała gruzińska droga na blogu).
Nie ma zatem czemu się dziwić, że alpinizm dla bitnych, krewkich, ale i niezwykle gościnnych Swanów, był, jest i zawsze będzie zgodny z ich twardym charakterem. Kto wyrósł w górach, kto dorastał wśród stromych szczytów, kto wypasał owce na wysokogórskich halach u stóp Uszby, kto ukrywał się w górach przed krwawą zemstą (licwri), ten umiłowanie do wolności nierozerwalnie łączy z miłością do gór — a jest to prawdziwa miłość na zabój!
Swanecja to malutki mini-kraj, kraina trudna do życia, skalista, wysokogórska, pełna rozległych lodowców i strzelistych szczytów, trochę jak w bajce, oderwana od poddańczej, gruzińskiej rzeczywistości feudalnej, oderwana od zależności od nowoczesnego świata. Swanecja to kraina idealna, dzika i trudna do odkrywania. Nie jest ona dla ludzi lubiących wysokie standardy hotelowe, nie jest ona dla ludzi słabych, a więc nie jest ona dla ludzi pozbawionych silnego charakteru!
Jakże Swanowie nie mają być alpinistami, jeżeli mieszkają niemal na szczytach. (…) Istnieje widoczne wspólne dla całego świata zjawisko — wśród mieszkańców gór nie spotyka się prawie zupełnie alpinistów. Wyjątek stanowią Szerpowie w Himalajach, Swanowie na Kaukazie i mieszkańcy Alp.
- Uszba za chmurami. Bogini Dali się gniewa?
- Uszba. Korona Bogini Dali
- Kaukaz. Gruzja. Swanetia. Uszghuli
- Swanecja jest piękna
2. Uszba nie drużba
Idący w góry nie myślą o niezwykłym czynie, marzą jedynie o upojeniu niezrównanym uczuciem pionierów, chcą widzieć całe kraje leżące u ich stóp pod chmurami, aby cień ich ręki rozciągał się na setki kilometrów, a fioletowe niebo było im troszeczkę bliższe niż innym ludziom.
Może brzmi to trochę patetycznie, ale chyba o to chodzi w tym całym alpinizmie. Góry to nie adrenalina, to nie chęć ucieczki przed problemami codziennymi, to raczej surowy poligon, arena zmagań, przestrzeń odsłaniająca naszą kruchość i słabość. Prawdziwa siła rodzi się w ciszy, w zimnie, w wysiłku. Przecież dobrze o tym wiemy, skoro trenujemy, wspinamy się, biegamy po górach, podnosimy ciężary na siłowni.
Góry kształtują nas niepostrzeżenie – trochę jakby dłutem rzeźbiarza, który cierpliwie wydobywa z surowego bloku kamienia kształt bardziej wyrazisty, bardziej prawdziwy. Z każdym powtórzonym ruchem człowiek staje się bardziej uważny, bardziej świadomy, wreszcie bardziej obecny. Chyba nie można być bardziej obecnym w środowisku, w którym ból i zmęczenie, subtelnie i głęboko, uczą nas cierpliwości i pokory. Akceptacja tego, czego nie można przyspieszyć to umiejętność, której tak mocno nam brakuje w życiu codziennym. W bólu, który towarzyszy nam w górach, kryje się prawdziwa przemiana. Ona oddziela to co istotne, od tego co błahe.
To dlatego, wracając z gór, jesteśmy odporniejsi na stres. Wysoko, gdzie liczy się tylko tu i teraz, zdobywamy umiejętność spokojnego oddechu w chwili zawahania, budujemy siłę do mierzenia się z potężną presją, nabieramy umiejętności jasnego spojrzenia. Gdy wreszcie wracamy do domów łatwiej nam zaakceptować to, na co nie mamy wpływu, wreszcie, łatwiej nam spojrzeć w głąb w siebie i przeniknąć chaos — ten wewnętrzny i ten na zewnątrz.
- Szlifowanie charakteru
- Swanecja. Pagórki u stóp Szchary
- Swanecka młodzież
- Mazeri. Na prawo Uszba w chmurach
Są w górach takie miejsca, które nie przyjmują człowieka z otwartymi ramionami. Do nich chyba należy właśnie Uszba. Jej ściany nie zachęcają, nie kuszą — one stawiają warunki. Twarde, jasne, niepodlegające negocjacji. I chociaż obecnie Uszba nie jest postrzegana jako najtrudniejsza góra, często wręcz bagatelizowana, dawno zapomniana, jeszcze częściej omijana na rzecz innych „większych gór”, to jednak wciąż ma w sobie ten magiczny dar uwodzenia. Będąc wśród Swanów wystarczy napomknąć, że było się na Uszbie, a od razu na stole pojawia się wino, lokalna czacza i zaczynają się długie, niekończące się opowieści o górach, o swaneckich alpinistach, o trudnej walce z przeciwnościami natury.
Może właśnie stąd to moje skojarzenie, ta średnio udana parafraza staropolskiego powiedzenia — służba nie drużba — czy jak kto tam woli, Uszba nie drużba.
- Złowroga Uszba. Królestwo bogini Dali
3. Matterhorn Kaukazu – Uszba – Wiedźma –Wilczyca
Uszba (ang. Ushba) to góra dwuwierzchołkowa. Obserwowana ze znacznej odległości wygląda niczym wilczyca z postawionymi uszami, która przyczajona w mrokach lasu, z zainteresowaniem obserwuje i nasłuchuje swoje ofiary. Uszba jest niczym drapieżnik wśród kaukaskich szczytów. Wroga, wciąż zasnuta chmurami, zazdrośnie broniąca swoich ścian przed śmiałymi wspinaczkami.
Według swaneckich legend zamieszkuje ją krwawa i zazdrosna Bogini Dali. To ona nad szczytami snuje swój gniewny płaszcz, utkany z chmur i wiatru. Nawet wtedy, gdy nad Swanecją jest piękna pogoda, gdy po horyzont rozciąga się czyste niebo, nad szczytami Uszby zawsze wisi jej gęsty woal z chmur.
Swanowie mówią, że Uszba posiada swój własny kapryśny klimat, swoją własną pogodę. Rzadko kiedy zdarza się trafić na stabilne i dobre warunki, a jeszcze ciężej jest mieć je przez dłuższy czas. Gdy jakimś cudem uda się trafić na dobrą pogodę, należy liczyć się z tym, że to tylko przejściowe niedomaganie, chwilowa nieuwaga Bogini Dali.
- źródło: mapy.com
- Uszba o zachodzie słońca
- Północny wierzchołek. Nasza droga
Przekonałem się o tym siedem lat wcześniej, gdy po raz pierwszy stanąłem oko w oko z Uszbą. Warunki podczas wspinaczki na uszbijskie plateau były przyzwoite, ale gdy tylko rozłożyliśmy namioty, gdy tylko byliśmy gotowi na wspinaczkę, mając już za sobą jednodniową aklimatyzację na sąsiednim Piku Szczurowskiego, wokół nas rozpoczął się wielodniowy teatr burz.
Wyobraźcie sobie te nieustające błyski, te rozjaśniające nocny mrok eksplozje, które, gdy burza jest daleko, fleszami na kilka sekund wcześniej zwiastują nadejście fali dźwiękowej. W naszym przypadku było inaczej. Błyski i grzmoty były jednością. Zespolone, ogłuszające, wstrząsające lodowcem, który trzeszczał pod nami jakby z wysiłku. Pamiętam, że siedzieliśmy wówczas skuleni, niczym żołnierze na linii frontu, a za cienką ścianą namiotu szalała burza.
Ten gniew natury był przerażający. Sekunda za sekundą — błyski, uderzenia. Wiatr rwał nasze namioty, a my skuleni, co rusz podskakiwaliśmy ze strachu. Nie było miejsca na ucieczkę — ponad 2500 metrów nad domostwami Swanów, na samym środku plateau lodowca, na wysokości przeszło 4100 metrów. Ale nie byliśmy jedynym zespołem pod Uszbą.
- Gniew natury. Uszba niedostępna
Gdy nadszedł poranek Bogini Dali zmęczona poszła spać, a my ostrożnie opuściliśmy swoje liche schronienie. Wszystko ucichło, ucichł również łomot naszych serc. To wtedy poczułem ten narastający, potworny ból głowy, który mimo silnych leków przeciwbólowych nie ustawał. Rozpływał się po ciele, usztywniał kark, osłabiał widzenie, niszczył morale. Choroba postępowała, a ja niewiele mogłem z tym zrobić — poza zejściem. Tak właśnie było przy mojej pierwszej batalii na tej niezwyklej górze.
Tylko ściana. Straszna i piękna, groźna i wznosząca cię ponad wszystkie życiowe niedole, nad wszystko przemijające. Jakbyś stanął sam na sam z wiecznością. Było to tak potężne, tak porywające zjawisko, że zupełnie zapomniałem, kim jestem, gdzie jestem i dlaczego tu się znalazłem.
Uszba pokryta jest siatką wspinaczkowych dróg. Przez dziesiątki lat najlepsi wspinacze, mistrzowie sportu ZSRR, mistrzowie alpinizmu klasy pierwszej, a później wybitni alpiniści z całego świata wytyczyli na tych dwóch wierzchołkach wiele nowych dróg. Większość tych wspinaczek, w obecnych czasach, przy współczesnym sprzęcie i przy większej świadomości z zakresu bezpieczeństwa, nadal postrzega się jako te, które ocierają się o czyste szaleństwo.
- Drogi wspinaczkowe na Uszbie
- Drogi wspinaczkowe na Uszbie
- Nasza linia wspinaczki
- Drogi wspinaczkowe na Uszbie
Może właśnie dlatego Uszba wciąż uważana jest za górę magiczną, górę legendę, górę, która pisała historię kaukaskiego alpinizmu, w tym również polskiego, wreszcie górę, którą w swoim CV pragnie mieć wielu wspinaczy. To zadziwiające, ale obecni młodzi adepci alpinizmu, czy też zaawansowani turyści wysokogórscy albo niewiele o tej górze wiedzą, albo ją kompletnie nie kojarzą. Dziwne nastały czasy, że ludzie „ze środowiska”, którzy żyją górami, i którzy dla tych gór czasami umierają, nic o Uszbie nie wiedzą. Nie znają jej historii, nie mają jej na swoich listach gór do zdobycia — to naprawdę dziwne czasy.
W Swanecji miarą mistrzostwa w alpinizmie była zawsze Uszba, a Uszbę można zdobywać na wiele sposobów. Jej dwa wyraziste wierzchołki oferują dziesiątki trudnych wspinaczek. Większość z nich należy do tych wspinaczek z kategorii walcz i spróbuj się nie zabić, ale są i takie wspinaczki, które dają większe szanse przeżycia.
Od północnego wschodu Uszba urywa się pionową ścianą o długości około 1300 metrów. Ściana jest tak stroma i gładka, że nazwano ją lustrem. Przez pięć lat najlepsi alpiniści Związku Radzieckiego zgłaszali się do przejścia tej pionowej ściany, gdzieniegdzie z nawisami, ale na razie nikt nie potrafił tego dokonać.
Zrobił to dopiero Michał Misza Chergani, najwybitniejszy swanecki alpinista, który w 1964 roku, wraz z pięcioma towarzyszami pokonał lustro (gładka, 1200 metrowa ściana Uszby) w czasie siedmiu dni (sic!). Przeżył, przeżyli też jego towarzysze, a na pytania o przeżycia ze ściany odpowiadał skromnie — Przeżycia? Jakie tu mogą być przeżycia (…) kiedy nikt z nas nie wierzył, że wydostaniemy się z tej ściany żywi? Wtedy oczywiście o tym nie mówiliśmy, dopiero na dole.
Za to wejście, które było prawdziwą miarą szaleństwa, wszyscy uczestnicy otrzymali złote medale mistrzów Związku Radzieckiego.
- Michał Misza Chergiani. Gruziński alpinista
- Uszbijskie plateau i przerażająca ściana
Na Uszbę można wspiąć się mniej ryzykownymi wariantami, a ten najbardziej popularny wierzchołek, najczęściej wybierany przez szerokie grono alpinistów, to właśnie wierzchołek północny (4697 m.), drogą klasyczną. Wierzchołek północny jest niższy od południowego o około 13 metrów, technicznie łatwiejszy, ale nadal postrzegany jako wybitny, trudny i wciąż śmiertelnie niebezpieczny.
Droga pierwszych zdobywców, która wiedzie z uszbijskiego plateau przez uszbijską poduszkę, dalej przez szczelinę brzeżną do pasa skał nad nimi i jeszcze dalej ostrzem grani, wyceniana jest w skali rosyjskiej na 4A, a w skali alpejskiej, która dla większości z nas jest chyba bardziej zrozumiała, na AD+ / D-, czy też D.
Wycena AD z języka francuskiego oznacza assez difficile, czyli trudna wspinaczka skalna, często występują długie stoki lodowo-śnieżne o nachyleniu przekraczającym 50 stopni. Trudność D to difficile, czyli bardzo trudna wspinaczka w skale, lodzie i śniegu, wymagająca dużego zaangażowania – tyle w temacie. Jeżeli macie ochotę mocniej postudiować temat skal trudności to zapraszam do zerknięcia pod link poświęcony właśnie skalom trudności — od wspinaczki skalnej po alpinizm. Źródło Wikipedia.
4. Logistyka i przebieg wyjazdu na Uszbę
Wyprawa w góry wysokie zawsze musi być odpowiednio zaplanowana. W zespole kilkuosobowym zadaniami warto się podzielić. Część osób zajmuje się sprzętem, inni liczą kalorie i dobierają odpowiednie zapasy żywnościowe, a jeszcze inni rezerwują bilety lotnicze, kontaktują się z lokalnymi przewoźnikami, rezerwują hotele („guesthausy”) i tym podobne.
Planowanie wyprawy to rzecz złożona, dlatego bardzo często na tym etapie posługujemy się arkuszami wyprawowymi, które w trybie online dostępne są dla wszystkich zainteresowanych. Warto również pomyśleć nad stworzeniem arkusza ICE (in case of emergency), w którym osoby z rodziny, a więc osoby spoza członków wyprawy, będą miały dostęp do danych kontaktowych rodzin pozostałych uczestników górskiej wycieczki.
W sytuacji awaryjnej, w razie wypadku, tylko w ten sposób można skutecznie zarządzać kryzysem i realnie skrócić czas reakcji. Kluczem do sukcesu zawsze jest komunikacja.
Termin wyjazdu: 22.08 —05.09.2023.
- Arkusze kontrolne. Planowanie wyprawy
4.1. Dzień pierwszy: Balice - Kutaisi
Do Gruzji można dostać się na wiele sposobów. Popularne linie lotnicze, w tym również polskie, latają do Gruzji regularnie i nie ma z tym kłopotu. Jednak to, jaka linia lotnicza zostanie wybrana, w dużej mierze zależy od paru czynników, a więc: od ceny (polskie linie niestety wciąż są drogie); od długości lotu (najlepiej bez przesiadki); od limitu wagowego i kosztów, jakie generują plecaki główne; a także od tzw. kultury organizacyjnej linii lotniczych.
Jeżeli mogę, szerokim łukiem omijam linię lotniczą Ryanair, której kultura organizacyjna, w opinii wielu użytkowników, często utrzymuje się na poziomie „rynsztoku.” Chociaż ja sam nie mam żadnych złych doświadczeń, w sieci aż mnoży się od dramatycznych opowieści, dlatego jeżeli to możliwe, w ogóle nie biorę pod uwagę Ryanair'a. Może jest to najtańsza linia lotnicza, ale problemy, z jakimi można się spotkać już na etapie odprawy, znacząco niwelują uzyskane korzyści finansowe.
Linia lotnicza, z której my korzystaliśmy i zapewne nadal będziemy korzystać to węgierska linia Wizzair. Jej kultura organizacyjna jest na wyśmienitym poziomie, „koszyczek strachu” nie należy do ich głównego orężu na etapie odprawy, a samoloty, chociaż ciasne, latają często, punktualnie i co najważniejsze, również z Krakowa.
Międzynarodowe lotnisko Kutaisi oddalone jest od centrum miasta o 14 kilometrów. Do samego centrum dostać się można na dwa sposoby. Najtaniej jest ciasną i publiczną marszrutką (cena ok. 10 - 12 lari od osoby). Drugi sposób, zdecydowanie wygodniejszy, to taksówka, ale nieobeznani turyści dość łatwo się mogą się tutaj dać naciągnąć. 40 lari za kurs w stronę centrum miasta to już dość drogo (1 Lari = 1,57 zł. 40x1,57 zł = 62 zł. Stan na 2023 r.).
- Kutaisi o poranku
- Miasto wciąż śpi
- Kutaisi. Trochę jak w dawnej Polsce
- Usługa prania i suszenia w cenie
– No nie... nosz... kur... nie... – Karolina była niczym rozpędzone tornado. – Po prostu kur... nie... — dodała, po czym skoczyła na niego niczym rozwścieczona walkiria. Chłop może niski, krępy, ale dość postawny, co prawda ogolony, więc brak zarostu nie dodawał mu autorytetu, nie mniej jako autochton miał nad nami przewagę — a jednak cofnął się w pół kroku. Karolina naparła na niego zdecydowanym krokiem niwelując dystans. Kierowca lokalnej taksówki, lekko zmieszany, cofnął się, ale po chwili wypiął pierś i zaczął coś żywo mówić po gruzińsku, a po chwili przeszedł na rosyjski.
– Nie... 60 lari to wszystko... – oburzył się kierowca.
– Do Kutaisi jest 14 kilometrów, a my znamy stawki. – Odparła po rosyjsku Karolina. - Nie jesteśmy tu pierwszy raz.
Facet był jednak nieugięty. 40 lari to było wszystko, co chciała mu dać Karolina, ale gdy tylko mu wspomniała o naszej stawce, on śmiał się i zapraszał nas do publicznej marszrutki za 12 lari od łba, która zresztą... właśnie odjeżdżała.
– To nieeee... – powiedziała stanowczo Karolina i ruszyła żywym krokiem w stronę kolejnego taksówkarza. Na ten jej ruch nasz autochton wpadł w szał. Zaczął coś krzyczeć do swoich kolegów, żywo przy tym gestykulując, grożąc pięścią i ostentacyjnie spluwając na ziemię.
– O... ho... co tu się dzieje? — Spojrzałem na Michała, który równie jak ja był zszokowany całą tą sytuacją. O dziwo, Łukasz był totalnie spokojny. Stał z boku i z lekkim uśmieszkiem przyglądał się całej tej scenie. Tymczasem Karolina podeszła do kolejnego taksówkarza i zaczęła negocjować kurs. Niestety, ten, nawoływany przez naszego krewkiego niedoszłego kierowcę, rozłożył tylko ręce w poddańczym geście i wskazał palcem na naszego furiata. – Ze mną nie pojedzie, jedźcie z nim – dał nam jasno do zrozumienia.
– O... ho, hoo... mafia taksówkarska – pomyślałem. Czas płynął. Karolina chodziła od taksówkarza do taksówkarza, ale każdy następny rozkładał tylko ręce i wskazywał palcem tego pierwszego. Negocjacje trwały, a plac z taksówkami powoli pustoszał. Większość ludzi z naszego lotu ruszyła już do miasta, a my wciąż staliśmy i czekaliśmy na decyzję. Karolina nie ustępowała ani na jotę, a facet, niczym muł równie uparty, nie schodził z ceny. Minęło 20 minut i nic. Ja i Michał podeszliśmy do Karoliny.
– Może weźmy tego za te 60 lari? – Zapytałem. – W końcu na nas wszystkich to niewielka suma, a czas nagli.
– Nie! – Odparła stanowczo Karolina. — To zdzierstwo i ten facet o tym wie. W Gruzji bywam bardzo często i szlag mnie trafia na takie coś.
– Nooo..., ale prawie nikogo już tu nie ma – odparł Michał.
– Stoimy i czekamy! – Powiedziała Karolina. Spojrzałem na Łukasza, który tylko się uśmiechał.
– Dobra, olać to... bierzemy plecaki i idziemy. Kogoś na pewno za chwilę złapiemy! – Zadecydowała, po czym wzięła oba plecaki i ruszyła w stronę głównej ulicy. Wzruszyliśmy tylko ramionami i posłusznie poszliśmy jej śladem. W końcu, to ona logistycznie rozpisała wyprawę, więc wchodzenie jej w paradę byłoby z naszej strony tylko głupim zamieszaniem. Przynajmniej na tym etapie.
– Zaraz zobaczycie – szepnął konspiracyjnie Łukasz, i nie pomylił się. Nasz niedoszły kierowca wpadł w jeszcze większą furię. Zaczął coś krzyczeć, i po chwili ruszył energicznie w naszą stronę. Gdy zrównał się Karoliną zaczęła się kolejna głośna, pełna energii wymiana zdań. Negocjacji ciąg dalszy. I gdy wydawało się, że wszystko spaliło na panewce, ponieważ Karolina nie odpuszczała, a facet jakby się zaciął przy swoim, w końcu coś krzyknął po gruzińsku i wskazał nam swoją taksówkę.
– Noo... i mamy kurs za 40 lari, chociaż to nadal drogo. – Powiedziała Karolina. Gdy jednak pakowaliśmy plecaki do samochodu faceta ogarnęła amnezja, zaczął podbijać cenę argumentując tym, że to daleko, a paliwo bardzo drogie, na co Karolina zdecydowanym ruchem wyszarpnęła swój plecak z bagażnika.
– „Matko bosko, co to... co to to... się stanęło” – zacytowałem internetowego klasyka. Karolina krzyczała na taksówkarza, a ten tylko stał i uśmiechał się, chociaż na jego czerwonej od gniewu twarzy było widać, że jego krew osiąga punkt wrzenia.
Wreszcie facet odpuścił. Chwycił plecak Karoliny i energicznym ruchem wrzucił do bagażnika. Walkiria coś jeszcze na niego fuknęła, ale otwarła drzwi i wsiadła do taksówki. Zapadła cisza. My milczeliśmy, a kierowca taksówki gwałtownie ruszył, ciągle coś energicznie gestykulując i wyrzucając z siebie nieokreślone zbitki zdań. Krzyczał, machał rękami, wyprzedzał na trzeciego, trąbił jak szalony, ale wreszcie zabrał nas do Kutaisi!
4.1.1. Informacje praktyczne
Będąc na lotnisku warto zakupić sobie lokalne karty SIM. Dostęp do internetu poza UE to horrendalny koszt, tymczasem wystarczy kupić sobie lokalną kartę, doładować ją rozsądną sumą i można cieszyć się swobodnym dostępem do internetu. Koszty takiej usługi są nieznaczne, więc kupowanie wspólnej karty na kilka osób, moim zdaniem, to gruba pomyłka. Ja miałem swoją kartę i cieszyłem się nieskrępowanym dostępem do sieci, tymczasem Karolina i Michał cały czas przepychali się w tym temacie.
Pamiętajcie, że samolotem nie przewieziecie kartuszy z gazem, a ich zakup gdzieś w Kutaisi to raczej rzecz trudna. Dużo lepszą opcją jest zakupić kartusze z gazem jeszcze na lotnisku. W hali przylotów, już w strefie po odprawie, znajdziecie firmy, które taki gaz sprzedają. Może nie jest on tani, ale jak uczy nas doświadczenie, lepszy rydz, niż nic.
4.2. Dzień drugi: tranzyt z Kutaisi do Mesti
Miasto Kutaisi jest jednym z największych miast w Gruzji. Z uwagi na obecność międzynarodowego lotniska jest to również miasto tranzytowe, przez które przewijają się niezliczone rzesze turystów. Z uwagi na ten fakt, warto wcześniej, najlepiej jeszcze w Polsce, zarezerwować sobie noclegi w jakimś hotelu blisko dworca autobusowego. Booking, chociaż nie za bardzo lubiany przez przedsiębiorców, usługobiorcom znacznie ułatwia życie — zazwyczaj.
Na tym etapie podróży Karolina zarezerwowała dla nas nocleg w Hotelu Okriba. Hotel, mimo że swój najlepszy czas miał już grubo za sobą, okazał się całkiem przyzwoity. Pokoje były czyste, łóżka całkiem wygodne, a sprawna klimatyzacja znacząco poprawiała komfort bytowania.
Kolejnymi zaletami tego miejsca były: bliskość dworca autobusowego, kantor wymiany walut po sąsiedzku oraz dobrze wyposażony sklep z lokalnym piwem. Jedynie winda w hotelu Okriba była co najmniej podejrzana. Przyklejona do drzwi windy karteczka z napisem „tolka dwa cielowieka” wzbudzała nasz niepokój, a przybrał on jeszcze na sile, gdy pani z recepcji widząc mnie, Michała i Karolinę opuszczających windę, załamała wymownie ręce mówiąc „izwienitje pażałsta, tolka dwa cielowieka”
Jak się później okazało, chociaż nie powiedzieli nam tego wprost, to jednak dali do zrozumienia, że winda jest stara, troszkę zepsuta i nie lubi być przeciążana. Szok.
Jeszcze tego samego dnia udaliśmy się na dworzec, zarezerwowaliśmy sobie na następny dzień miejsca w marszrutce do Mesti, a późnym popołudniem, po krótkiej drzemce w klimatyzowanym hotelu, udaliśmy się na wieczorną „ostatnią wieczerzę”. Jak się później okazało, nie była ona z tych ostatnich.
4.3. Dzień trzeci: Mazeri - Trekkers Inn – Uszbijski wodospad – Memoriał
Mazeri to niewielka wioska w Swanetii (Samegrelo-Zemo Svaneti), która położona jest u podnóża szczytu Mazeri (4012 m.), a patrząc dalej na północny wschód również u podnóża samej Uszby (lekko naciągając ten fakt). Wioska leży w dolinie rzeki Dolra, na wysokości około 1600 metrów nad poziomem morza i jest niemalże ostatnim bastionem cywilizacji w drodze na Uszbę.
Mazeri stanowi naturalną bazę wyprawową w kierunku lodowca Uszby, wodospadu Shdugra Waterfall i okolicznych szlaków — stąd właśnie zaczyna się wiele trekkingów, a także droga na uszbijski lodospad, i dalej na Uszbę, między innymi przez uszbijkie plateau.
W tej małej pasterskiej osadzie, która od dłuższego czasu żyje z turystyki, dostępne są kwatery pod wynajem (guesthaus'y), można też wynająć samochód z kierowcą, zrobić ostatnie zakupy w malutkich i dość słabo wyposażonych sklepach, zjeść obiad przygotowany przez właściciela guesthaus'u (lokalne, swaneckie potrawy), a także odbyć niezliczoną ilość przepięknych trekkingów — jeżeli nie planujecie wspinać się na Uszbę. Jeden z najpiękniejszych kaukaskich trekkingów widokowych to właśnie przejście z Mazeri przez przełęcz Guli do Mesti — panorama Uszby z tej przełęczy to podobno perełka tego miejsca.
W drodze na Uszbę, a więc kilka kilometrów za wioską Mazeri natraficie na miejsce nazywane Hikers Inn. Jest to obiekt, a w zasadzie kilka obiektów, które oferują noclegi i smaczne gruzińskie jedzenie — między innymi można zjeść tutaj pstrąga, wypić lokalne piwo i tym podobne. Drewniane stoły, przytulne wnętrza — surowe, górskie, ale nadal wygodne — sprawiają, że Hikers Inn przyciąga wielu wytrawnych trekkersów.
- Mazeri. Ostatni bastion cywilizacji
- U stóp Mazeri
- Dumny symbol Gruzinów
- Ekipa zwarta i gotowa
- Planujemy kolejny dzień
- Kwietny sad w Mazeri
- Praca daje dużo radości
- Ołtarzyk w guesthausie
- Naród silny wiarą
- Rzeka Dolra
- Łąki i hale wysokogórskie
- Mazeri
- Oddalamy się od cywilizacji
- Usza Południowa. Kiedyś…
- Łukasz i Michał
Wspinaczka na Uszbę wymaga stosownych pozwoleń. Kaukaska Wiedźma znajduje się na granicy z Federacją Rosyjską, a miejsca biwakowe na uszbijskim plateau, na wysokości ok. 4150 m., znajdują się już po stronie rosyjskiej. Z tego też względu posiadanie stosownego pozwolenia na przebywanie w strefie granicznej to wymóg konieczny.
Mimo, że na uszbijski lodowiec podążają czasami spore pielgrzymki turystów, prześlizgnięcie się przez ostatni wojskowy punkt kontrolny jest raczej niemożliwy. Gruzińscy pogranicznicy bacznie obserwują kto i gdzie się wybiera. Osoby z malutkimi plecaczkami, tzw. jednodniowi turyści (trekkersi), nie są kontrolowani, zazwyczaj mogą swobodnie przechodzić przez punkt kontrolny, bowiem ich celem jest zazwyczaj wodospad, który kończy ich krótki trekking, ale alpiniści z wielkimi worami są zawsze zatrzymywani.
Pozwolenie na wspinaczkę w strefie przygranicznej zdobyć można wyłącznie na dole, w wiosce Mazeri. Jeżeli z jakiejś przyczyny nie będziecie posiadać pozwolenia, albo założycie, że uda wam się takie uzyskać powyżej, przy ostatnim miejscu kontrolnym, a więc zaraz po przekroczeniu rzeki Dolra, to grubo się mylicie.
- Droga do Trekkers Inn
- tuż nad mostkiem znajdziecie pograniczników
- Od lewej: Uszba Północna, Uszba Południowa
- Uszba w oddali
- Popołudniu trudno to miejsce pokonać
- Próba przejścia na sucho – no prawie
- Rzeka Dolra. Głębiej Trekkers Inn i droga na Uszbę
– Wy nie móżetie idtí – powiedział rzeczowo pogranicznik. — U vas niet razreszienija!
– Czego u nas niet? — zapytałem.
– Pozwolenia... – powiedział Michał. – Nie mamy pozwolenia na kontynuację wycieczki.
– Noo..., ale przecież wszystko miało być zaklepane! – Niemalże krzyknąłem.
– Tłumaczę mu, ale on jest innego zdania. Nie ma papieru, to nie ma zgody.
– Matko bosko, przecież do Mazeri stąd ze trzy godziny.... — Rozłożyłem bezradnie ręce. — Idź z nim jeszcze pogadaj, co?
Dzień wcześniej, w drodze do naszego guesthaus'u w Mazeri zatrzymaliśmy się przy małej jednostce wojskowej. Chcieliśmy załatwić sobie pozwolenie na wspinaczkę na Uszbę, ale nasza rozmowa z pogranicznikami została szybko przerwana przez pewnych oficjeli. Gdy staliśmy przed jednostką wojskową i rozmawialiśmy z pogranicznikiem, pojawił się samochód na niebieskich blachach. Wysiedli z niego ludzie, którzy jak szybko się okazało, byli z ramienia ONZ. Dowódca jednostki pograniczników, zajęty delegacją z ONZ, przekazał nam, że w w tym dniu nie uda nam się załatwić tych formalności, bo muszą gdzieś jechać, ale jeżeli chcemy a nie mamy czasu, żeby zaczekać, może on porozmawiać ze swoimi kolegami w wysuniętej placówce przez radio i tam dostaniemy zgodę na wspinaczkę. Po krótkiej wymianie zdań, mając zapewnienie, że wszystko będzie działać tak jak ustaliliśmy, postanowiliśmy kontynuować naszą podróż.
– Niet razreszienija! – Powiedział spokojnie Michał, ale po jego twarzy było widać, że jest obruszony. – Gość jakoś nie chce nam wierzyć, że wszystko zostało ustalone na dole, w Mazeri, ale idzie obudzić swojego dowódcę, który przez radio zapyta o szczegóły kolegów na dole.
Placówka wysunięta gruzińskiej straży granicznej to raptem dwa baraki, jeden otwarty, z ławkami i stołami, służy wyłącznie jako miejsce spoczynku, miejsce obserwacji i zarazem miejsce obiadowe, natomiast malutki domek w głębi, w zasadzie bardziej to wygląda jak rozpadająca się bacówka, to chyba ich sypialnia. Na mapach w wersji online, czy to na google, czy też na mapy.com nie widać miejsca, w którym znajduje się ich posterunek, ale przestrzeń, w której rezydują znajduje się zaraz za drewnianym mostkiem przekraczającym rzekę górską Dolra.
Przy posterunku pograniczników znajduje się również źródło wody pitnej, które zaznaczone jest między innymi na czeskich mapach. 10 minut później dowódca strażników potwierdził nasze słowa, zaprosił nas do stołu, zabrał dokumenty tożsamości, wypisał stosowny glejt i pozwolił nam ruszyć w dalszą drogę.
– Eta razreszienije! – Uśmiechnął się gruziński żołnierz. Wymownym gestem wskazał nam dalszą drogę, życząc jednocześnie powodzenia i prosząc nas o ostrożność podczas wspinaczki na Uszbę.
Kilkaset metrów wyżej, ponad posterunkiem pograniczników i już po przekroczeniu wartkiego strumienia górskiego, znajduje się miejsce upamiętniające ofiary Bogini Dali, tzw. memoriał osób, które poniosły najwyższą cenę za możliwość samotwór walki z Uszbą.
To świetne miejsce na zakończenie kolejnego etapu podróży, ale również miejsce pełne nostalgii, miejsce, w którym rodzi się zaduma, i również miejsce, z którego można się jeszcze wycofać nie widząc przyzywającej, magnetycznej ściany kaukaskiej wiedźmy. Gdy ktoś zobaczy wreszcie Uszbę, odwrotu zazwyczaj już nie ma!
- Obóz przed lodowcem
- Ostatni ciepły obóz
- Gwiazda na Uszbie
- Uszba zachmurzona
- Wciąż zielono, ale wyżej już tylko Mordor
- Chwilę temu cała w chmurach
Dlaczego akurat walka samotwór z Uszbą? Być może dlatego, że Uszba jest przerażającym przeciwnikiem, a my w takich miejscach często zaczynamy dotkliwie odczuwać jej ponury, samotniczy nastrój. Mamy wtedy wrażenie, że jej ściany i lodowce są lustrem i sędzią, a nasze zmagania to tylko ich blade, zniekształcone odbicie. W takich miejscach możemy czuć się samotworem, kimś stworzonym przez samotność walki, samotność skupienia, samotność lęku i samotność determinacji.
Może to oznaczać, że w trakcie wspinaczki na Uszbę powstaje w nas jakiś nowy, twardy i surowy fragment osobowości. Tak, jakby góra wykuwała w środku byt samotnej walki, coś, co nie istnieje w zwykłym życiu. Wtedy ten samotwór to taki swoisty efekt starcia się z wysokością, zimnem, strachem, a może to taki wewnętrzny głos, który rodzi się tylko na lodzie i w ciszy?
Aleksander Kuzniecow w swojej książce pt. "A w dole Swanecja" napisał: nie każdemu dana jest możność walki samotwór z Uszbą. Nie ma jednak większego szczęścia (…) jak ujarzmić ją, zwyciężyć, stać się jej władcą. O ile w ogóle tak mogę powiedzieć.
- Kraina kapryśnej Bogini Dali
4.4. Dzień czwarty, piąty i szósty: Uszbijski Mordor. Kiełbasa. 10 kroków
4.4.1. Uszbijski Mordor
Lodowiec Uszby uważany jest za jeden z najbardziej nieprzyjaznych lodowców Kaukazu. Gruzini często mówią, że Uszba ma własny charakter i własny humor, a lodowiec jest jego przedłużeniem. I chyba wiele w tym prawdy. Nawet prosty fragment, w dolnej części lodowca, gdzie zaczyna się jęzor, a potem płaski i wygodny fragment lodu, po którym można swobodnie poruszać się bez liny, sprawia wrażenie, jakby wkraczało się do Mordoru, do krainy totalnie nieprzewidywalnej.
Lodowiec Uszby, szczególnie ten trudny w wyższych partiach, nazywany jest uszbijskim lodospadem. Słynie on z nagłych i częstych załamań pogody, gwałtownych burz, wreszcie z przenikliwych mgieł, które niczym wielki baldachim błyskawicznie osiadają na lodowcu. To miejsce słynie również z porywistych wiatrów, które spadając wprost z pionowych ścian Uszby, potrafią uwolnić przerażające, kamienne lawiny, albo potężne lodowe seraki.
Wspinacze często nazywają ten teren ciemną stroną Mesti, bo pogoda i warunki potrafią tu być wyjątkowo kapryśne. Nie jeden zespół wycofał się z tego miejsca, nie jeden zespół wchodził w ten labirynt szczelin z trudnym do opanowania poczuciem nieuchronności, wreszcie, nie jeden zespół w tym miejscu poniósł najwyższą cenę.
W 1974 roku na lodowcu Uszby doszło do tragicznego zdarzenia, w którym zginęła grupa alpinistów z ówczesnej Jugosławii (m.in. Ante Bedalov, Nenad Čulić, Viktor Tabaković, Urso Vrdoljak). W trakcie wspinaczki pod północno-zachodnią ścianą Uszby zeszła kamienna lawina, która zabiła czterech członków ekspedycji. Ciała dwóch z nich odnaleziono wkrótce po katastrofie, ciało trzeciego wspinacza znaleziono dopiero w 2012 roku, a wydobyto je z lodowca w 2013 roku. Najbardziej dramatyczna historia dotyczy Nenada Čulića: zaginął w 1974, ale jego ciało zostało odnalezione dopiero po 39 latach.
Relacje i raporty (wspomnienia ekip, serwisy regionalne i artykuły alpinistyczne) wskazują, że na lodowcu Ushby z czasem wychodzą na światło dzienne fragmenty wyposażenia starych wypraw — szczątki sprzętu, rozbite kaski, karabinki, stare skórzane buty i czasem ludzkie szczątki, które lodowiec „uwalnia” po latach. Takie obserwacje pojawiają się w przeróżnych relacjach wyprawowych i komunikatach prasowych.
Również i my podczas wspinaczki natknęliśmy się na szczątki obozu, być może po tej tragicznej wyprawie w 1974 roku, a może po jakiejś innej, nieszczęśliwej ekspedycji? Jedno jest pewne, każdego roku na Uszbie zdarzają się wypadki, a niektóre z nich kończą się tragicznie.
Zresztą, daleko nie trzeba sięgać pamięcią, bowiem raptem rok wcześniej, Łukasz i Karolina podjęli próbę wspinaczki na Uszbę. Podczas akcji Karolina uległa kontuzji — nie była wstanie kontynuować wspinaczki i nie mogła również wycofać się z Uszby. Załamanie pogody, które ich dopadło trwało kilka dni, a oni walcząc o życie próbowali uzyskać pomoc z zewnątrz. Wreszcie, kilka dni później, gdy tylko poprawiła się pogoda, przyleciał po nich śmigłowiec. Zostali uratowani, a Uszba znowu wygrała.
- Pręży się dominuje krajobraz. Ushba
- Szczątki obozu, które wędrują wraz z lodem
- Droga jest prosta i oczywista
- Obsiany kamieniami lodowiec Ushby
- Środkowe i górne części lodowca Ushby
- Labirynt mostów i szczelin. Uszba drapieżna
4.4.2. Kiełbasa lubi wodę, a my lubimy kiełbasę
W górach wysokich trzeba jeść! Po pierwsze dlatego, że jeść musimy, i nie możemy się od tego odżegnywać (taka nasza konstrukcja), a po drugie dlatego, że proces gotowania i jedzenie to jedne z nielicznych, bezpiecznych atrakcji w górach wysokich. (zobacz: Ekspedycje kulinarne KW Kraków – jedzenie w górach).
Jedzenie w górach to najprzyjemniejsza część górskiej aktywności. Gdy jemy zazwyczaj zagraża nam naprawdę niewiele. Rzecz jasna, możemy się zakrztusić, poważnie zadławić, upuścić resztki potrzebnego jedzenia na brudną podłogę, możemy zapaskudzić śpiwór, czasami wylać wrzątek do wnętrza namiotu (to akurat udało mi się doświadczyć), ale szanse na śmiertelne zejście podczas tych czynności są stosunkowo nie duże. Gdy jedzenia jest w brud i gdy przychodzi czas posiłku, wszyscy jakoś stajemy się bardziej weseli, bardziej otwarci.
Na wszystkich swoich wcześniejszych wyprawach zawsze głodowałem. Gdy w dzień restowy, a więc w dzień bez żadnych ryzykownych aktywności, budziłem się rano i zjadałem śniadanie, po posiłku zawsze z utęsknieniem zerkałem na zegarek. Głód towarzyszył mi nieustannie. Gdy jadłem śniadanie, gdy szedłem do toalety, gdy pozornie syty kładłem się ponownie w śpiworze, on zawsze był. Wciąż i wciąż wysysał ze mnie wszystkie pokłady tłuszczu, a zapasy jedzenia zawsze mieliśmy wątłe.
Samo przebywanie w namiocie na dużej wysokości wiąże się często z bardzo wysokim wydatkiem energetycznym — rzędu 4000–5000 kcal na dobę, a niekiedy znacznie większym. Gdy zaczynamy się ruszać, na przykład przygotowując sprzęt do akcji górskiej lub przynosząc wodę do gotowania, zużycie energii wyraźnie rośnie. Podczas długotrwałych akcji górskich, gdy organizm jednocześnie zmaga się z wysokością oraz intensywnym, ciągłym wysiłkiem, straty energetyczne mogą sięgać poziomu kilkunastu tysięcy kilokalorii dziennie.
Pamiętam moją wyprawę do Pakistanu, podczas której spędziliśmy niemal cztery tygodnie na lodowcu. Wspinaliśmy się, czasami dosłownie walczyliśmy o życie, innym razem tkwiliśmy w namiotach, czekając na poprawę pogody. Gdy wreszcie wyprawa dobiegła końca i znaleźliśmy się w hotelu, moje lustrzane odbicie wprawiło mnie w osłupienie — ubytek masy ciała wynosił dwanaście kilogramów.
Mówi się: „chcesz schudnąć — jedź w góry, to dieta cud”. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej brutalna. Bez dostarczania odpowiedniej ilości białka, węglowodanów i całej gamy niezbędnych składników odżywczych nie da się sprawnie funkcjonować, a tym bardziej podejmować długotrwały wysiłek w środowisku wysokogórskim.
Może właśnie dlatego, mając takie doświadczenia, zawsze dziwi mnie fakt, gdy ktoś z zespołu oferuje komuś innemu coś do jedzenia — dobrowolnie. Nie oszukujmy się, gdy w grę wchodzi głód i niewielkie zapasy jedzenia, jesteśmy niczym wilki — zazdrośni o każdy kęs, gotowi kłapnąć zębami. Czasami uciekamy z miską za pobliskie skały. Dzielimy się zawsze z trudem.
- W dolnych partiach lodowca Uszby
- Środka część lodowca Uszby
- Uszba w promieniach porannego słońca
– Chcecie kiełbasę? — Karolina zaskoczyła nas pytaniem.
– Yyyhhh... mmm... noooo... – Zdezorientowany zacząłem się jąkać. Spojrzałem na Michała, który również był mocno zmieszany.
– Tak...yyy... chcemy! – Odpowiedzieliśmy równocześnie.
– Ale, że co... – Szepnąłem po chwili do Michała. – Dają nam tak po prostu kiełbasę? Chyba mają mało jedzenia, co?
– No fakt, plecaczki lekkie, namiocik wątły... – Zawiesił się na chwilę Michał, po czym dodał — zapasy żywności chyba tylko na przetrwanie... zresztą, sami mówili, że mają mało, wszystko wyliczone co do grama, odchudzone. Biedaki, chyba są wciąż głodni.
– Nie to co my! – Rzekłem. – Żarcia za dużo, paliwa za dużo, plecaki po 26 i 33 kilogramy, ale chyba po raz pierwszy na wyprawie nie głoduję... no może prawie.
Jedzenia mieliśmy naprawdę sporo. Liofilizaty od różnych firm, zupki chińskie, gorące kubki, słodkie chwile, niemal pełną torbę paszy od huela, różnej maści batony, w tym wysokoenergetyczne batony wojskowe, jakieś orzeszki suszone, kilka czekolad, ale w obliczu potencjalnego kryzysu, a w górach kryzys kaloryczny zawsze może wystąpić, nie odmówiliśmy kiełbasy.
A kiełbasa była dziwna. Szczelnie zamknięta w woreczku strunowym, spędziła w tym więzieniu kilka dobrych dni. Mocno zaślimaczona, podejrzanie wyglądająca, tak jakby miała zaraz odpełznąć, ale wciąż była kiełbasą..., i wciąż czuliśmy do niej pociąg. Kto chociaż raz głodował w górach, ten wie, że nawet dzika cebula wyrwana z kirgiskiego stepu może smakować wybornie – a nawet sam szczypiorek.
Równie wybornie może wyglądać tłusty świstak w Kirgistanie, który zaskoczony wyłaniającym się kolegą zza wielkiej wanty skalnej na stepie w Zachodnim Kokszał Tau, wielkimi susami ucieka w popłochu do swojej przestronnej nory.
Tak, kiełbasa była dziwna, dlatego ją nam oddali, ale wierzcie nam, smakowała naprawdę dobrze. Najpierw dokładnie umyliśmy ją w lodowcowym strumieniu, a potem poddaliśmy termicznej obróbce. Gotowaliśmy ją długo, co rusz zerkając w stronę naszych sąsiadów. Oni pichcili makaron i widać było po ich minach, że zapach gotowanej kiełbasy niesie się po okolicy. Czy żałowali swojej decyzji? Tego nie wiemy, ale my byliśmy oportunistami.
Gotować bez wody się nie da, a woda na lodowcu to zasób powtarzalny. Jeżeli tylko operuje słońce, jej pozyskanie staje się stosunkowo prostą sprawą. Gdy jednak mrozi, a mrozi zazwyczaj wieczorami, nocą i nad ranem, jej pozyskanie staje się kłopotliwe. Można oczywiście topić śnieg na maszynce do gotowania, co niestety pożera wilcze zasoby paliwa, ale można ją też pozyskać wykorzystując do tego naturę. Gdy świeci słońce do wytapiania wody ze śniegu wykorzystujemy wszystko co potrafi ją przechowywać.
Garnki wypełnione śniegiem, karimata odpowiednio ułożona również staje się wytapiarką i rezerwuarem wody, ale chyba najlepszą opcję oferują fartuchy śnieżne namiotu. Śnieg, który szczelnie okrywa fartuchy, gdy tylko wspiera nas gwiazda, wytapia się wspaniale. Wystarczy tylko mądrze uformować fartuchy śnieżne i woda zamiast uciekać na lodowiec, gromadzi się w ich zagłębieniach. Niestety, woda szybko zamarza. Gdy mrozi, należy dobrze ją przechowywać, inaczej zamiast wody, zgodnie z prawami fizyki, będziemy mieć butelki pełne lodu.
Woda pozyskana w stanie płynnym jest bardzo cennym zasobem, dlatego jeżeli to konieczne miejscem magazynowania butelek stają się wnętrza namiotów, czasami wysokogórskie buty, szczelnie zamknięte plecaki, ale bywa i tak, że woda oraz kartusze z gazem lądują we wnętrzach śpiworów. Dla stóp to kiepska opcja, ale dla zasobów paliwa i dla sprawności działania maszynki do gotowania czasami nie ma innej opcji.
Gdy akcja górska rozpoczyna się w środku nocy nie ma czasu na topienie śniegu na wodę, nie ma czasu na jej długie pozyskiwanie. Również ciepły kartusz z gazem jest o wiele bardziej wydajny od tego trzymanego w mroźnym przedsionku namiotu.
4.4.3. 10 kroków – 300 metrów przewyższenia
– Raz, dwa, trzy, cztery... dziesięć i stop! – Głośno odliczałem kroki, żeby zmusić siebie i swoich partnerów do wzmożonego wysiłku. Michał ledwo dyszał i zaczynałem mieć wątpliwości, bo naprawdę wyglądał na mocno wyczerpanego. Z jego ust wydobywały się rwane, bełkotliwe jęki, świadczące o kresie jego możliwości. Gdy ja, Karolina i Łukasz staliśmy wyprostowani i wpatrzeni w niesamowitą ścianę Uszby – chociaż równie zmęczeni – on wsparty na kiju trekingowym, był niczym konająca ofiara Vlada Palownika, próbował łapać oddech, głośno przy tym dysząc i jęcząc.
– Sam sobie jest winny, jakby nigdy ze mną nie był w górach – pomyślałem. – Taki ciężki plecak... 33 kilogramy..., kto widział, żeby brać aż tyle zbędnych rzeczy..., no... ale z drugiej strony muszę mu zwrócić honor — dron, baterie do drona, magazyn kart pamięci, to wszystko musi sporo ważyć... ale 12 koszulek? Poduszka!?
– Yhhhyh... pięć...yhyhyhhhh.. minut... – dyszał Michał ledwo utrzymując równowagę. Gdy on próbował złapać oddech, w mojej głowie huczały natarczywe myśli. – Nie czas na odpoczynek, to nie czas na przerwę.. do jasnej cholery, to nie jest dobry czas, żeby tracić w tym miejscu cenne minuty... tak niedaleko mamy już do pleteau!
- Elbrus o poranku
- Przygotowania do wyjścia na plateau
- Chwila przerwy. Gorąco!
- Tuż przed uszbijskim plateau
– Raz, dwa, trzy... – Zatopiony w myślach szarpnąłem gwałtownie linę. – Eeeee...! – Dobiegło mnie wołanie Karoliny. Totalnie się odpaliłem. Zatopiony w myślach, opętany wyobrażeniem, że docieram do plateau, zrobiłem trzy kroki w górę zapominając o partnerach. Jakby zespół nie istniał, jakbym był tu całkiem sam. Dopiero głos Karoliny wyrwał mnie z odrętwienia. Lekko zmieszany, i zarazem zły na swoich partnerów, powiedziałem coś, co miało mniej więcej znaczyć: – Eee.. musiałem zmienić pozycję! Możemy iść?!
Pięć minut to dla mnie chyba cała wieczność. Czas płynie. Dzień powoli chyli się ku końcowi, a za nami już prawie trzecia doba transportów. Cóż za strata czasu – aż trzy dni wędrówki, a to tylko 1750 metrów różnic wysokości, od wodospadu po uszbijskie plateau. Jestem niecierpliwy i często zagrzewam partnerów do szybszego wyjścia na plateau, ale w głębi serca wiem, że nie mam racji.
Aklimatyzacja to proces, organizmu nie da się przyspieszyć, a w mądrych książkach piszą, że w górę 500 metrów dziennie na dużej wysokości to aż nadto. Wyżej, więcej, szybciej — zachłanność zawsze prowadzi do czkawki wysokogórskiej.
Siedem lat wstecz, podczas mojej pierwszej próby na Uszbie, pośpiech doprowadził mnie do pogłębiającej się choroby wysokogórskiej. Na uszbijskie plateau szliśmy półtora dnia. Mierzyłem wtedy w obrzęk mózgu. Ból głowy, sztywnienie karku, lekka dezorientacja, apatia, gniew, strach, przerażenie, wreszcie... akceptacja porażki.
Trzecia doba wędrówki. Mimo, że wiem, mimo że czuję, wreszcie, mimo że doświadczenie moich kolegów i koleżanek nakazuje nam działać wolno, a więc ostrożnie na etapie aklimatyzacji, definitywnie jestem zły i ten dzień wrzucam już na straty. Jestem zły na to, że są tacy wolni, mało efektywni, na to, że brakuje im sił (ahh... te moje psychopatyczne dążenie do ideału), albo na to, że ciągle zatrzymują się na odpoczynek.
- Strona rosyjska. Tędy też można
- Królestwo Bogini Dali
- Kraina Bogini Dali
- Rosyjska strona. Droga na plateau
- Zespół Gruzinów w drodze na plateau Ushby
- Karolina i Łukasz docierają na plateau
- Grupa Rosjan wspina się na uszbijską poduszkę
Jeżeli nie dotrzemy do plateau lodowca jeszcze tego wieczoru, a więc na wysokość około 4100 metrów, kolejny dzień bezsensownego wspinania się z całym majdanem — oczywiście przesadzam z tym całym dniem — będzie wzbudzał we mnie trudne do opanowania, gniewne fale protestu.
W górach takich jak te nie ma miejsca dla słabych! To ten wredny głos w mojej głowie, cały czas szeptał mi, złośliwy chochlik, a może bardziej demon, i oskarżał, a ja wiedziałem, że zbyt dużo zainwestowałem, żeby tak po prostu dać się pokonać... przez słabości innych? Podłe i nieludzkie myślenie w obliczu poważnego wyczerpania partnera. Prawdziwe?
Do uszbijskiego plateau mieliśmy już naprawdę niewiele — niespełna 300 metrów przewyższenia. Może kilometr w linii prostej, a może nieco więcej, biorąc pod uwagę ten cholerny labirynt szczelin. Pasmo Centralnego Kaukazu, u stóp Małej Uszby i pod wielką ścianą Jej Królewskiej Mości — Wilczycy Kaukazu, imperium żądnej krwi Bogini Dali — wyglądało zachwycająco.
— Chodźmy! — powiedziałem stanowczo. Moje pięć minut minęło i chociaż Michał oponował — dla niego widocznie czas znacząco zwolnił — Karolina zagrzewała go stanowczo do walki. Ona też miała już dość tej niekończącej się wędrówki, a Łukasz, który dopiero później przyznał się, że wrócił z Alp i miał za sobą długą aklimatyzację i działalność alpinistyczną na wysokości przeszło 4000 metrów, wymownie milczał.
Ruszyliśmy odliczając kroki. Na czele ja, niczym lokomotywa, dysząc i sapiąc ciągnąłem czteroosobowy pociąg ludzi, pociąg na Uszbę, a Michał powłócząc za sobą nogi niemalże konał, targając na plecach 33 kg ładunku. Próbowałem przyspieszyć wycieczkę, ale każde kolejne metry sprawiały, że Michał jeszcze bardziej zwalniał. Wiedziałem już, że dziś nie dotrzemy do kresu wędrówki.
Wszyscy byliśmy zmęczeni i ta decyzja to był jedyny słuszny wybór, ale w głowie wciąż miałem słowa, które jak echo intensywnie rezonowały – Uszba to bardzo kapryśna góra i dobra pogoda na tej górze to jak zwycięstwo w loterii.
Mieliśmy już za sobą 4 dni idealnych warunków! Czy Uszba była gotowa dać nam więcej pogodnych dni? Szczerze, bardzo mocno w to wątpiłem, dlatego każdy kolejny postój był dla mnie stratą, silnym ciosem wymierzonym w policzek.
Jak długo utrzyma się nasza passa? Gdybym nie miał doświadczeń na tej górze, pewnie nie martwiłbym się na zapas, ale ja wiedziałem, że seria pogodnych dni, kompensacja wręcz idealnych warunków to zazwyczaj preludium do poważnego, wielodniowego załamania pogody. Wystarczy spojrzeć wstecz na moją wyprawę na Pik Kosmos w 2014 roku, i na wiele innych wyjazdów w góry wysokie.
Pół godziny później dotarliśmy na wysokość około 3860 metrów i rozłożyliśmy obóz tuż przy skałach. Miejsce, które wybraliśmy, nie było przypadkowe. Spora część ekspedycji zatrzymuje się właśnie w tej lokalizacji w drodze na plateau, a niektóre wyprawy z tego obozu prowadzą dalsze akcje górskie. To miejsce jest charakterystyczne — położone na skraju lodowca, przy skałach, które chronią przed silnym wiatrem i niczym wielki mur oddzielają nas od przepaścistej ściany opadającej na lodowiec po stronie rosyjskiej.
Od strony rosyjskiej również prowadzi się akcje górskie na Uszbę, jednak patrząc na wygląd lodowca oraz potężnie rozwarte szczeliny brzeżne, jestem przekonany, że wejście na plateau od tej strony jest po prostu niemożliwe.
– Obóz przejściowy! – zacząłem się śmiać do Michała. – Gdy tylko przejdzie nam zmęczenie, ruszymy dalej i wyżej.
Nadzieja płonną jest, i chociaż wiem, że to bzdury są, tego dnia nic już nie ulegnie zmianie. Lodowa ściana Uszby, straszna i zarazem przyzywająca, niesamowicie prężyła się w zachodzącym słońcu — skrzyła, błyszczała, a ja patrzyłem na nią, jak na wyzwanie z najwyższej półki. Śniegu było niewiele, a przecież pamiętam relacje innych ludzi. Na zdjęciach z innych wypraw zawsze było dużo śniegu. Na tyle dużo, że wspinaczka była niczym spacer z laską – cytując Wojtka Kurtykę.
Nie tym razem! To, co się skrzyło, to, co tak pięknie błyszczało w świetle zachodzącego słońca to był czysty, twardy i kruchy kaukaski lód. Warunki do wspinania były wręcz idealne!
- Wielka Uszba i jej lodowce
4.5. Dzień siódmy i ósmy: Plateau. Tron. Atak szczytowy
4.5.1 Tron. Królestwo jednej kreski.
To tylko kawałek za granią — za niewielkim śnieżnym garbem nad uszbijskim plateau, tuż za przełączką rozdzielającą Małą Uszbę od Jej Wysokości Uszby Północnej. Właśnie tam znajduje się to miejsce. Wiatr zagłusza tam skrępowanie, a szeroki widok na południe potrafi skutecznie ukoić nerwy. Nie jest to jednak miejsce samotne, choć niektórzy nazywają je tymczasową pustelnią. Wcześniej czy później każdy tam zagląda — bez wyjątków.
Gdyby tak udało się spojrzeć przez te skaliste szczyty, gdyby tak można było wzrokiem przeniknąć wysokie wzgórza, albo bezpiecznie ześlizgnąć się na południe po stromym lodowcu, niemalże dojrzelibyśmy rzekę Mulchra. To w jej dolinie wyrosła Mestia, niekwestionowana stolica Swanecji. Niestety, do Mestii z tego miejsca jest wciąż daleko.
Krok w lewo – cisza. Nieopatrzny krok w prawo – znowu cisza. To nie chmury decydują o połączeniu ze światem, chociaż niektórzy sądzą, że wielkie ołowiane kołtuny, deszczonośne kłębowiska, obłoki, potargane łachy przysłaniają skutecznie widnokrąg. Nie, to nie obłoczność zamyka wąski korytarz widoczności, a geometria. Geometria grani, załamania terenu, kilkumetrowe podniesienie, czasami głęboka niecka. Zasięg nie bierze się z przypadku, bo takie miejsca zazwyczaj nie są przypadkowe. Wybiera się je świadomie – do kontemplacji i do koncentracji.
Prawdziwą władczynią człowieka, królową zasięgu jest góra — jej otoczenie, jej kształt, jej potężne ściany, wreszcie opadające grzbiety i wąskie doliny. W takich miejscach często lubimy być sami, jakby świat kończył się kilkadziesiąt metrów dalej. Ale bez wysp łączności, na oceanie lodu i skał, również bywa smutno.
- Nasz dom
- Hotel pod miliardami gwiazdek
- Mała Uszba pochwaliła się słońcem
- Obóz Karoliny i Łukasza
Właśnie w takich miejscach, za tym niewielkim garbem śnieżnym nad uszbijskim plateau, tuż za przełączką jest... nasza toaleta. To jedyne miejsce, które wyraźnie przyciąga wszystkich z okolicy. Jest ono wyjątkowe. Sztucznie wydrążone zagłębienia, chociaż odrobinę niebezpieczne, łączy jeden wspólny mianownik – a w zasadzie jedna współdzielona kreska zasięgu sieci GSM. Geometria.
Lokalna sieć z Mesti, chociaż zagląda tu trochę nieśmiało, pozwala kontaktować się ze światem. To właśnie z tego miejsca wysyłamy wiadomości, z tego miejsca wrzucamy relacje filmowe, to właśnie z tego miejsca możemy odbierać prognozę pogody. Gdybyśmy nie mieli gruzińskiej karty SIM, nasz atak szczytowy załamałby się, to wręcz pewne.
Dlatego właśnie są takie miejsca — niepozorne, często niewygodne — gdzie ludzie dzwonią, wysyłają wiadomości i sprawdzają pogodę. Małe wyspy łączności w morzu lodu i skał. Reszta przestrzeni pozostaje głucha, jakby świat kończył się kilkadziesiąt metrów dalej.
Wcześniej, czy później każdy z nas dociera do tego etapu. Tron, a w zasadzie liczne trony to intymne królestwo jednej kreski. Na Lenina krasną trumnę, na Stalina lico dumne, i na wszystko co jest w świecie, tylko nie na deskę przecie.
4.5.2 Przygotowania do ataku szczytowego na Uszbę Północną
Na dzień przed atakiem szczytowym w powietrzu dało się łatwo wyczuć lekką nerwowość. Nie wiem, czy była to ekscytacja, czy tylko dobrze tłumiony, skrzętnie ukrywany strach. Gdy boję się góry, gdy atak szczytowy wybudza moje głęboko skrywane demony, staję się czasami senny, a czasami nad wyraz wesoły. Śmiech to moja nerwowa reakcja fizjologiczna, która działa jak wentyl bezpieczeństwa, rozładowuje napięcie, obniża poziom stresu, ale i jest zaraźliwa, synchronizuje wtedy ludzi w grupie.
W sensie ewolucyjnym śmiech podobno daje sygnały, że jest bezpiecznie, nie walczymy, a Michał, z którym od dłuższego czasu łączy mnie lina, czyli najwyższy poziom zaufania, jakimś dziwnym trafem synchronizuje się ze mną idealnie. Jego górski autyzm jest tożsamy z moim, idealnie wyczuwa irracjonalność żartu w danej sytuacji. Nasza kabaretowa inteligencja sprawia, że żart jest inteligentnie durny – mamy taką nadzieję.
Taki żart przeważnie ociera się o nabyte doświadczenia, albo o takie doświadczenia, które nie są nasze, ale mają drugie, często głębsze dno. Wieloznaczność żartu i sposób jego prezentacji jest kluczowy dla naszego zdrowia. Stres w górach potrafi być naprawdę intensywny, więc gdy możemy pożartować, robimy to spontanicznie – rozbijamy powagę sytuacji na drobne, śmieszniejsze fragmenty. To często nas uspokaja.
Dzień poprzedzający atak szczytowy to dzień pozornego odpoczynku. Nie wychodzimy na żadną akcję górską, ale nie mamy też czasu na odpoczynek. Zawsze sobie powtarzam, że tego dnia będę leżał, czytał książkę, jadł do woli, pił olbrzymią ilość gorącej herbaty, ale gdy pojawia się lista zadań do wykonania, przestaje być odpoczynkowo.
Każdy atak szczytowy, nawet ten najbardziej chaotyczny, musi być w jakimś sensie dobrze zaplanowany. Metoda odliczania wstecz zazwyczaj pozwala mi w miarę precyzyjnie ustalić godzinę wyjścia, ale wiem również, że nawet najlepsza matematyka może mocno zawieść. Wystarczy, że nie mamy zsynchronizowanych zegarków, a już godzina wyjścia może okazać się inna.
W skrajnym przypadku może okazać się, że czas zaplanowanego wyjścia między jednym a drugim namiotem może różnić się nawet o godzinę – znam to doskonale z doświadczenia. Dlatego tuż przed snem konieczne jest nie tylko ustalenie godziny zero, ale również ustalenie, czy wszyscy mamy tę samą godzinę na wyświetlaczach.
Zdjęcie z obozu z widokiem na garnek i na Elbrus
- Opalanko na lodowcu
- Michał ostrzy narzędzia
- Michał pilnie piłuje
- Lato w górach
Nikt z nas nie lubi wychodzić z namiotu w ciemną i zimną noc. Dlatego przeciągamy tę chwilę tak mocno jak się da, ale nie leżymy w śpiworach, a na pewno nie leżymy bezczynnie. Z doświadczenia wiem, że nawet sprawny, zdeterminowany zespół potrzebuje średnio półtorej godziny, żeby ruszyć na wspinaczkę.
Gotowanie wody, pod warunkiem, że jest ona wcześniej zabezpieczona w stanie płynnym, zalanie liofa (jedzenie liofilizowane) i odczekanie aż będzie on zdatny do zjedzenia, ogrzanie butów zanim się je założy na stopy, zaparzenie herbaty do termosu, ubranie wierzchniej warstwy odzieży, potem dopakowanie plecaka — to wszystko są czasochłonne procesy. Nikt nie lubi tego robić w zimną i wietrzną noc, dlatego takie działania w ciasnej przestrzeni namiotu zabierają czas i energię.
Nasze wyjście na atak szczytowy północnego wierzchołka Uszby był dobrze zaplanowany. Mieliśmy iść w cztery osoby, albo jako czwórka na jednej linie, albo jako dwa niezależne zespoły. Niestety, w godzinach wieczornych Karolina oznajmiła nam, że źle się czuje i chyba zrezygnuje z ataku szczytowego. Faktycznie, gdy ostrzyliśmy narzędzia i metodycznie oporządzaliśmy się przed pójściem spać, było widać, że mocno zapuchła. Każdy najdrobniejszy wysiłek sporo ją kosztował, i nie ukrywam, że jej decyzja o pozostaniu w obozie sprawiła, że odetchnąłem z ulgą. Podświadomie czułem, że jeżeli pójdziemy wszyscy, nikt z nas nie osiągnie szczytu.
- Panorama na Elbrus
- Zachód słońca na uszbijskim plateau
- Piękny zachód słońca
4.5.3 Wspinaczka – Północny wierzchołek Uszby (4697 m.)
Entropia wyjścia górskiego. W takich chwilach czas przestaje być jednostką pomiaru, a staje się ciężarem. Mimo, że minuty rozciągają się w nieskończoność, jakimś dziwnym trafem godziny znikają błyskawicznie, bez śladu. Może to tylko pozorne odczucie? Nie jestem tego pewien, ale na każdej wyprawie mam wrażenie, jakbym tego czasu nie posiadał w nadmiarze – wieczny deficyt, który godzi w moje ambicje, pragnienia i sprawczość.
Na akcję ruszyliśmy o 3.30, chociaż plan zakładał wyjście o 2.30. Godzina straty. Mówi się, że sprawny zespół powinien wejść i zejść z Uszby w czasie nie dłuższym niż 16-18 godzin. Pytanie tylko, czy my jesteśmy sprawnym zespołem?
Entropia miejsca. Na wszystkich fotografiach z Uszby, jakie miałem okazję oglądać planując wyjazd, widziałem śnieg. Na tak stromej ścianie śnieg zazwyczaj nie stanowi wielkiego problemu. Zmrożony i twardy znacznie ułatwia wspinaczkę, zazwyczaj nie gromadzi się w ilościach zagrażających niebezpiecznymi lawinami śnieżnymi, jedynie asekuracja staje się bardziej problematyczna – trzeba kopać w poszukiwaniu twardego lodu pod śruby.
Tymczasem nasza ściana była naga, goła, pozbawiona śniegu. To, co tak pięknie skrzyło się w świetle zachodzącego słońca było lodem, czystym, kruchym, kaukaskim lodem. Podświadomie czułem, że ściana może stawić nam opór.
- Mazeri skąpane w zachodzącym słońcu
Wyjście na akcję górską przypomina trochę układ otwarty, nieustannie wymieniający energię i informacje z otoczeniem. Wraz z postępem wspinaczki, gdy w mrokach nocy niewiele widać, układ, jaki mamy z górą, często zaczyna oddalać się od równowagi. Decyzje podejmowane wysoko nigdy nie są optymalne, lecz dostateczne. W takich momentach, mimo ambitnych założeń, szczególnie tych ustalonych w ciepłym śpiworze, celem przestaje być maksymalizacja wyniku, a minimalizacja strat.
Na uszbijską poduszkę wspięliśmy się bez lin, sprawnie, ale z przyspieszonym biciem serca. Lecz, gdy stanęliśmy pod drugim spiętrzeniem, nad uszbijską poduszką i pod zasadniczą częścią ściany, poczułem nabożny lęk. Miejsce mnie zaskoczyło. Może to wina nocy, może to ten mit wielkiej Uszby sprawił, że łydki i uda zaczęły mnie palić, a może to właśnie ten twardy lód i spore nachylenie ściany sprawiły, że czułem strach. Robiłem trudniejsze wspinaczki w lodzie, ale ta była jedyna w swoim rodzaju. To była wspinaczka na Uszbę.
Zdjęcie ściany
- Górski wieloplan
- Szczelina brzeżna. Bardzo niebezpieczne miejsce
Entropia prognozy pogody. Atmosfera jest układem dynamicznym, nielinowym i silnie sprzężonym. Prognoza pogody w chwili jej tworzenia ma relatywnie niską entropię: opiera się na aktualnych danych, modelach numerycznych i jasno zdefiniowanych scenariuszach. Z czasem entropia prognozy pogody rośnie. Drobne błędy w danych wyjściowych (…) oraz chaotyczna natura przepływów atmosferycznych powodują, że liczba możliwych przyszłych stanów szybko się zwiększa.
W terenie górskim entropia prognozy rośnie szybciej niż na nizinach. Orografia, lokalne cyrkulacje i szybkie zmiany warunków powodują, że użyteczność prognozy degraduje się nie w dniach, lecz w godzinach. Prognoza nie staje się błędna. Staje się entropijna.
- Uszbijska poduszka na linii światła
- Pęknięcie. Linia światła i mroku
- Entropia pogody
— Cholera, widzieliście to? — Nerwowo zakląłem. Za sobą mieliśmy już część lodowej ściany, którą pokonaliśmy diagonalnie, a więc w górę i lekko w bok, w kierunku wznoszącego się pasa skał (Nastenko Rocks). Po pokonaniu tego odcinka drogi, stojąc już na wygodnej skalnej półce, wskazałem kierunek na południowy wschód. Noc była bezksiężycowa, co potęgowało wrażenie bezdennej, niemalże idealnie czarnej otchłani, w jakiej się znaleźliśmy.
Kątem oka zauważyłem delikatny rozbłysk, jakby ktoś zrobił mi zdjęcie aparatem wyposażonym w kiepską lampę błyskową. Może mi się przywidziało? Och… na pewno tak — nie może być inaczej. A jeżeli jednak nie? Swoją drogą, kiedyś czytałem o zjawisku nazywanym fosfenami indukowanymi promieniowaniem, w którym wysokoenergetyczne cząstki promieniowania kosmicznego, przechodząc przez oko, wzbudzają komórki siatkówki lub nerw wzrokowy. Efektem tego zjawiska są krótkie rozbłyski, punkty, czy też smugi światła rejestrowane przez mózg, mimo że oczy niczego nie widziały. Zjawisko chociaż bardzo rzadkie, częściej obserwowane jest na dużych wysokościach.
Spojrzałem na chłopaków, lekko ich oślepiając snopem światła, po czym zgasiłem czołówkę i powiedziałem:
— Dobra..., zgaście czołówki. — Owładnęła nas ciemność. Nagle, kolejny, tym razem bardziej wyrazisty flesz. Zatkało mnie. To, co zobaczyłem daleko na horyzoncie sprawiło, że ugięły się pode mną kolana. To nie kosmiczne rozbłyski zwróciły moją uwagę. Moje zaskoczenie szybko przerodziło się w rozpędzoną lawinę bluzgów.
— No nie wierzę... nadchodzi burza!
Każdy kolejny flesz odsłaniał zbliżającego się potwora. Cumulonimbusy — najpotężniejsze i najbardziej dynamiczne w całej klasyfikacji chmur. Pionowo rozbudowane, mogą osiągać wysokość od 10 do 12 kilometrów. Cumulonimbusy są nośnikiem gwałtownych zjawisk. Dużo bardziej gwałtownych od lawiny bluzgów, które raz za razem rwały się z moich ust. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Daleko przede mną każdy kolejny błysk odsłaniał kolosa – burzowy lewiatan powoli rozkładał swoje kowadło.
Fala gniewu, złości, a chwilę później fala żalu zdusiły całkowicie mój zapał. Gdy już przestawałem wierzyć, że mogę stanąć na wierzchołku Uszby, odezwał się Łukasz:
— A słyszycie ją? — Zapadła Cisza.
— No...chyba nie... — Kolejny rozbłysk pięknie podkreślił kształt chmury. Była olbrzymia.
— Cisza — powiedział Michał. — Nic nie słyszę.
— I ja nic nie słyszę — potwierdził Łukasz.
— Czekajcie, zerknę na radary pogodowe – powiedziałem.
Całe szczęście, mieliśmy ze sobą telefony i mieliśmy gruzińską kartę sim. Uruchomiłem aplikację pogoda&radar i zacząłem nerwowo czekać aż jedna kreska załaduje dane. Po kilku minutach oczekiwania wreszcie pojawiła się mapa. Na mapach aplikacji burza była potężna. Wielka, rozłożysta, dynamiczna, ale dla nas, w tym miejscu, wciąż milcząca. Mimo wyraźnych wyładowań na horyzoncie, nic nie słyszeliśmy.
— Może idzie bokiem? — Zapytał Michał.
— A może idzie na nas... — zawiesiłem głos, by po chwili zadumy dodać. — Burza na Uszbie to wyrok śmierci... chyba musimy się wycofać, póki możemy. — Wpatrzony w smartfona czekałem na więcej danych. Po krótkiej chwili dodałem:
— Jest... załadowało się więcej... przemieszcza się franca jedna... jest naprawdę duża... bardzo duża... ale... — znowu zawiesiłem głos — ale chyba przejdzie bokiem... o rany!
Raz za razem wyładowania atmosferyczne podkreślały jej wielkość, ale wciąż nie docierał do nas żaden dźwięk.
— Co robimy? — Zapytał Michał.
— Może poczekajmy jeszcze chwilę — odpowiedziałem, po czym spojrzałem w górę. Moja lampa czołowa błysnęła światłem w trybie boost. Strumień tysiąca lumenów pomknął w górę. Stałem i patrzyłem na przebieg drogi. Zastanawiałem się nad kolejnym ruchem. Za daleko doszedłem, żeby teraz się wycofać, ale szansa na katastrofę była olbrzymia. Jak złapie nas tu burza to... no cóż, chyba po nas.
— Co robimy... — zacząłem szeptać pod nosem, jednocześnie zerkając na smartfona. Gaumarjos. W duchu cieszyłem się, że kupiłem kartę tylko dla siebie, bez żadnych spółek, bez przepinania między telefonami, bez sporów o dostęp do internetu. Jedno jest pewne: bez lokalnej karty, bez znajomości prognozy pogody, bez map satelitarnych decyzja o wycofaniu się byłaby czystą formalnością.
— Jesteście gotowi zaryzykować? — Zadałem pytanie.
— Ja już raz utknąłem na Uszbie..., ale nie chcę tu wracać po raz trzeci! — Zapewne tak sobie pomyślał Łukasz. Ale... Łukasz nic nie powiedział. Na jego twarzy widziałem jednak zacięcie i chęć kontynuacji wspinaczki. Michał również nie wyglądał na zniechęconego.
— To co, chrzanimy to? Wspinamy się dalej? — Zapytałem.
— Burza jest daleko i prawdopodobnie przejdzie bokiem. Dane wskazują, że powinna nas minąć, a jak nie przejdzie... no cóż... może przeżyjemy.
— Wspinamy się!
- Michał. Atak szczytowy
- Mazeri i Elbrus o wschodzie słońca
- Łukasz na ścianie Uszby
Godzinę później, gdy opuściliśmy kruchy i wyjątkowo paskudny pas skał, rozpoczęło się mozolne wspinanie po twardym, ale niezbyt stromym lodzie (około 50 stopni nachylenia). Świtało.
Droga klasyczna na Uszbę prowadzi jakby skrajem ściany, postawioną lekko w pionie granią. Jej ostra krawędź do złudzenia może przypominać skalną krawędź Żabiego Konia w Tatrach. Nie sposób sprawnie iść po takiej grani, ale trzymając się jej krawędzi, można iść jakby pod nią, na przednich zębach raków.
- Atak szczytowy na Uszbę Północną
- W ścianie Uszby
- Na grani przed szczytem
Po godzinie wspinaczki granią w trybie góra-dół-bez-końca-i-trawers, jej lodowy przebieg na chwilę ustąpił miejsca skałom. Szeroka, skalna i paskudnie krucha grań pozwalała odpocząć łydkom, ale gdy zrzuciłem sobie na udo kamień o dużej masie — na szczęście tylko się po mnie prześlizgnął, ale Karolina w obozie chyba słyszała jego upadek — poczułem się jakoś mniej pewnie.
Zwieńczeniem tej skalnej grani była turniczka, na oko 10 metrowej wysokości, która stanowiła dość poważną przeszkodę w dalszej wspinaczce. Jej pokonanie okazało się jednak dość proste. Dalsza część wspinaczki to eksponowana grań śnieżno-lodowa, która licznymi trawersami wyprowadzała na kolejny fałszywy wierzchołek. Na jego szczycie szybko okazało się, że do właściwego wierzchołka droga była wciąż daleka, usiana licznymi uskokami, eksponowanymi trawersami i Bóg jeden wie, czym jeszcze.
Szczyt, który osiągnęliśmy o godzinie 11.00, zaczął się błyskawicznie. Gdy pokonałem kolejne śnieżno-lodowe spiętrzenie, później mały, ale dość łatwy w pokonaniu garb, byłem przekonany, że to kolejne fałszywe miejsce — nagle moja góra przestała rosnąć. Opadająca grań oraz widoczny w oddali południowy wierzchołek Uszby upewniły mnie, że o to właśnie dotarliśmy do celu naszej wspinaczki. Uszba północna była nasza!
Na jej dość wygodnym wierzchołku, w części szczytowej, do granitowych skał przyklejona była lodowa attyka. W architekturze ten dekoracyjny element wieńczy elewację budynku ponad dachem i jakby przedłuża ścianę zewnętrzną. Dla nas wyglądała ona niczym krucha, lodowa, mocno wyszczerbiona korona Bogini Dali. Doklejona siłą zimna, siłą wiatru i siłą czasu. A nasze czekany spoczęły na jej szczytowej krawędzi. Były niczym klejnoty koronne, a korona należała do nas.
- Michał i Łukasz podczas wspinaczki
- Kaukaz Centralny. Swanetia. Gruzja
- Do wierzchołka już blisko
Bogini Dali pozwoliła nam wejść na szczyt, ale czy równie łatwo, o ile można to w taki sposób określić, pozwoli nam zejść?
— Która godzina?
— 11.
— Która? - Zapytałem z niedowierzaniem.
— Jedenasta. — Powtórzył Łukasz.
— Zaaaaajebiście — powiedziałem pełen entuzjazmu, mocno przeciągając wypowiedź. — No to mamy jeszcze mnóstwo czasu na zejście.
— Noo.. tylko te chmury — powiedział Michał. Faktycznie, od jakiegoś czasu chmurzyło się, widoczność spadała, by po jakimś czasie na nowo odsłonić nam widok na piękny i rozległy Kaukaz Centralny. Kurtyna chmur opadała, potem na nowo się wznosiła, była niczym zasłona w teatrze, która rozdzielała główne akty tego górskiego spektaklu.
— Chrzanić pogodę, co ma być to będzie... teraz tylko w dół, ale wolno... bezpiecznie!
- Pokonana grań
- Góry, wszędzie góry
- Na wierzchołku Uszby Północnej
- Chłopaki na szczycie Uszby
Zejście ze szczytu Uszby to była prawdziwa górska epopeja. Każdy krok w twardym lodzie mocno eksploatował nasze uda, łydki i głowy. Byliśmy zmęczeni, a napięcie jakie nam towarzyszyło, nie ustępowało. Zejście eksponowaną granią, na której nie było możliwości zrobienia zjazdów na linach wymagało od nas mnóstwa czujności. Chociaż nie dbaliśmy przesadnie o asekurację, czasami szliśmy bez punktów, a czasami mieliśmy tylko jedną, bądź dwie wkręcone śruby na zespół, to jednak w najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych miejscach robiliśmy wszystko, żeby coś chroniło nas przed upadkiem.
Gdy wreszcie pokonaliśmy grań, a daleko pod nami pojawiła się uszbijska poduszka, rozpoczęliśmy serię długich, diagonalnych zjazdów ze stanowisk typu abałakow. Pogoda była entropijna, czasami łaskawa, z pięknymi kadrami, a czasami zjeżdżaliśmy przy zerowej widoczności, totalnie na wyczucie, mając jeszcze świeżo w pamięci naszą linię wspinaczki.
- Napotkane stanowisko zjazdowe
- Ściana Uszby
- Michał przy szczelinie brzeżnej
- Łukasz. Zjazd z Abałakowa
- Zjazdy na linach
- Michał w zjeździe
- Jeszcze kawałek i będziemy w domu
- Obóz Rosjan. Zbliżającej nocy ruszą na wspinanie
- Rosjanie na uszbijskiej poduszce
- Rosjanie przywitali nas bawarką
- Zachód słońca, a my w ścianie
- Zachód słońca
Gdy osiągnęliśmy wysokość szczeliny brzeżnej nad uszbijką poduszką, naszym oczom ukazała się lina poręczowa. Zaskoczeni poręczówką, której jeszcze w nocy nie było, szybko połączyliśmy fakty. Zespół Rosjan, biwakujący na poduszce i prowadzony przez zawodowych przewodników z Rosji, szykował się na akcję górską. Ich wyjazd miał charakter komercyjny, a jego celem było doprowadzenie klientów na szczyt przy możliwie minimalnym marginesie ryzyka — o ile w ogóle da się mówić o takim marginesie na Uszbie.
W obozie pojawiliśmy się po 17 godzinach akcji. Gdy mijaliśmy ostatnią szczelinę brzeżną, a później zaczęliśmy schodzić stokiem na uszbijskie plateau, Karolina wyszła nam na spotkanie.
— I jak? — Zapytała.
— Wspięliśmy się! — powiedział Łukasz.
— Gratuluję. Dobrze, że jesteście – powiedziała. — Trochę się o was martwiłam!
— Dlaczego? — Zapytał Michał.
— Gdy byliście w ścianie coś dużego walnęło. Jakaś chyba lawina kamienna... bałam się, że coś się u was dzieje.
— Kurcze... — na sekundę zawiesiłem głos — faktycznie, gdy wspinaliśmy się granią zrzuciłem na siebie wielki kamienny telewizor, ale na szczęście tylko otarł się o moje udo i poleciał dalej — powiedziałem kiwając głową z dezaprobatą.
— Noo... to chociaż tyle — odpowiedziała. — Ruscy rano ruszyli na poduszkę, myślałam, że idą się wspinać, ale byłoby to mało rozsądne. Chcecie herbatki?
— Założyli sobie obóz na poduszce — powiedział Łukasz. — Mijaliśmy ich namioty w nocy.
— No to rano wyszli tam chyba już wszyscy, na dłużej... — zawahała się Karolina. — Widocznie ktoś z nich wcześniej zaniósł tam część namiotów.
— Chcecie herbatki? — Powtórzyła Karolina. Kiwnęliśmy głowami z aprobatą.
Zaczęliśmy łapczywie pić gorący trunek, parząc sobie przy tym wargi. Już po pierwszym łyku uświadomiłem sobie, że praktycznie nic wcześniej nie piliśmy. Herbata u Ruskich miała charakter czysto symboliczny — raptem kilka łyków tłustej bawarki. Termosy wciąż były w połowie pełne, ale w trudnym, wspinaczkowym terenie nie było ani nastroju, ani przestrzeni na większe picie. Poruszaliśmy się lotną asekuracją i w efekcie nie było czasu na dłuższe, regeneracyjne postoje.
- Uszba północna zdobyta
— A jak sobie poradziliście z burzą? — Zadała pytanie Karolina.
— Z burzą? — Zdziwiłem się. Chłopaki wymienili zaskoczone spojrzenia.
— No tak..., u mnie tu grzmiało, błyskało... — Popatrzyła na nas z ukosa. Miałem wrażenie jakbyśmy byli w dwóch różnych światach. Co prawda, pogoda na zejściu była kiepska. Mieliśmy chmury, nawet pojawił się silniejszy wiatr, ale burzy żadnej nie zanotowaliśmy. Czy to możliwe, że 700 metrów różnicy wysokości zrobiło aż tak dużą różnicę? Może to Bogini Dali gniewała się na... Rosjan? A może po prostu ogłuchliśmy i oślepliśmy?
— Przecież nie było u nas burzy... — powiedział Michał. Wyglądał, jakby nie był do końca pewny, tego co mówi. Powiem szczerze, jej pytanie również u mnie zasiało ziarno niepewności. Czyżbyśmy coś przeoczyli?
— To dziwne, tutaj mocno wiało, grzmiało... błyskało...
Na kilka chwil zapadła niezręczna cisza. Staliśmy mocno skonfundowani. Każdy z nas trawił w głowie słowa wypowiedziane przez Karolinę. Burza była, to fakt, widzieliśmy ją podczas nocnej wspinaczki na Uszbę, ale była bardzo daleko i według wszelkich prognoz miała nas minąć. Czyżby zahaczyła nieznacznie o naszą górę? Może jedynie ją liznęła, o tak, subtelnie, jakby od niechcenia? Ja i Łukasz raz jeszcze spojrzeliśmy na siebie zdziwieni, ale zdecydowany ruch Michała wyrwał nas z odrętwienia.
— No dobrze, głodny jestem! — Powiedział Michał, po czym zaczął ściągać z siebie wspinaczkowe chomąto — zadzwoniły śruby lodowe, stuknęły czekany.
— Widać, szczęśliwie dla nas gniewna bogini Dali zeszła ze szczytu oszczędzając nam kłopotów! Chyba nas naprawdę polubiła! — Powiedziałem idąc w ślady Michała.
Uszba była nasza, i ta najbliższa noc była również nasza. To, co ją odróżniało od wszystkich innych nocy, było tym, czego nam od wielu dni brakowało — spokoju i przekonania, że teraz już nic nie musimy. Cel został osiągnięty, Uszba zdobyta w dobrym czasie, a zejście było czystą formalnością. Tak to sobie tłumaczyliśmy!
—————
Niemniej, patrząc na to wszystko z pewnej perspektywy, muszę otwarcie przyznać, że chyba najbardziej zdradliwe jest złudzenie stałości oraz ułuda pewności. Te dwa miraże — i nie boję się tego w ten sposób nazwać — często uznawane są za fakty dokonane, szczególnie wtedy, gdy zmęczenie odcina racjonalne, czujne myślenie. Mylić się jest rzeczą ludzką, to prawda, ale gdy wkrada się rutyna, pojawia się duża przestrzeń na błędy. Errare humanum est.
Właśnie dlatego tak istotne staje się dbanie o detale oraz konsekwentne budowanie dobrych nawyków. To one, wykonywane pozornie automatycznie i bez refleksji, w rzeczywistości stanowią ostatnią linię obrony przed błędem. W kontekście bezpieczeństwa nie istnieją drobiazgi — są jedynie elementy, które albo zostały dopilnowane, albo pominięte. A to często właśnie one decydują o granicy między kontrolą sytuacji, a jej utratą.
4.6. Dzień dziewiąty: Złudzenie stałości. Gdy droga prowadzi przez lodowiec
Najbardziej zdradliwe jest złudzenie stałości. Stałość poznawcza to subiektywne wrażenie niezmienności, wynikające z ograniczonej percepcji zmian zachodzących w dłuższej skali czasowej. Lodowiec sprawia wrażenie zamrożonej przestrzeni, podczas gdy w rzeczywistości jest dynamicznym systemem, pozostającym w ciągłym ruchu i nieustannie ulegającym przemianom. W ujęciu glacjologicznym stałość ta ma charakter pozorny; w ludzkim postrzeganiu — zwłaszcza w stanie dużego zmęczenia — bywa bezrefleksyjnie uznawana za fakt. Lodowiec niemal zawsze wydaje się niezmienny, mimo że podlega nieprzerwanym procesom transformacji. Pytanie brzmi, czy jesteśmy tego świadomi, czy traktujemy tę wiedzę jako realny sygnał ostrzegawczy i czy rzeczywiście jesteśmy gotowi ponieść ryzyko?
To nie lodowiec jest niebezpieczny. To nasza obecność na nim stanowi główne źródło zagrożenia. Gdy ulegamy poczuciu stałości, gdy towarzyszy nam przekonanie o własnej nieomylności, gdy popełniamy błędy w wyniku ignorancji lub nieuświadomionej niekompetencji, albo, gdy wreszcie podejmujemy ryzyko „świadomie”, zawsze coś może się wydarzyć. Wtedy zachodzimy w głowę, bijemy się w pierś, zarzekamy i przysięgamy, ale fakt pozostaje niezmienny – moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
To był kolejny z tysiąca podobnych kroków. Miękki śnieg w samo południe sprawiał, że kroki były ciężkie, głębokie, a wielki plecak tylko potęgował wysiłek. Szliśmy w zespole dwójkowym, związani liną, powoli wytracając wysokość. Przed nami były ślady Łukasza i Karoliny, którzy zwinęli obóz godzinę przed nami i nie czekając powędrowali w dół.
Byłem zły jak cholera, że dałem się namówić na zejście lodowcem w samo południe. Jeszcze wczoraj walczyliśmy z Uszbą, a dzisiaj kończyła się nasza przygoda. Do Mazeri nie uda nam się zejść w jeden dzień, zapewne rozbijemy namioty gdzieś niżej, na odsłoniętym lodowcu, ale gdybyśmy tak zostali na plateau jeszcze jeden dzień, zmęczenie po wspinaczce nie byłoby tak duże, a zejście znacznie łatwiejsze.
Oblany potem sapałem jak lokomotywa. To był kolejny z tysiąca podobnych kroków. W jednej ręce miałem czekan, w drugiej kij trekkingowy, który pełnił funkcję laski i sondy. Gdy stawiałem kolejny krok, wszystko miało być jak w schemacie. But zapada się w śniegu po kolana, przenoszę ciężar ciała i stawiam kolejny męczący krok, ale sekwencja została przerwana.
Śnieg załamał się pode mną bez żadnego ostrzeżenia. Czułem, jak grunt błyskawicznie ucieka pod moją stopą. Przez ułamek sekundy miałem nadzieję, że to tylko głęboki śnieg sprawia mi psikusa, ale gdy druga noga straciła oparcie, wiedziałem już, że o to pode mną otwiera się pułapka. Wpadłem do szczeliny. Coś jeszcze krzyknąłem, ale było już po sprawie.
Wisiałem w dziurze. Moje nogi dyndały w otchłani, a ramiona, szeroko rozstawione, kurczowo trzymały się krawędzi. Byłem jak kurczak z szeroko rozstawionymi skrzydłami, zbyt słaby, żeby wyfrunąć, ale na tyle silny, żeby nie upaść do czeluści. Szczelina nie była dużych rozmiarów, a ja wpadając szeroko rozpostarłem ramiona. Zawisnąłem na ramionach i to mnie uratowało. Dwójka na lodowcu, w strefie akumulacji, to klasyczna dwójka samobójka. Wspaniały przykład tego, czego nie powinno się robić na lodowcu, szczególnie w samo południe.
Lina łącząca mnie i Michała napięła się, węzły motyle alpejskie pozaciskały się, ale nie szarpnąłem na tyle mocno, żeby pociągnąć partnera za sobą. Mieliśmy szczęście. Gdyby szczelina była większa i nie złapałbym oparcia na jej krawędziach, ja i Michał moglibyśmy zostać na Uszbie — na zawsze.
Michał! — Krzyknąłem. — Napnij mocniej linę! — Michał napiął linę, a ja rakami mocno zaparłem się o ścianę szczeliny. Raki zachrzęściły, ale gdy tylko przednie zęby wbiły się w twardy lód poczułem ulgę.
— Strasznie ciężki ten plecak — wysapałem. Wór z całym majdanem był potwornie duży, ale to jego rozmiar sprawił, że nie wpadłem głębiej — gdy leciałem podstawa plecaka oparła się na krawędzi szczeliny, a ramionami ustabilizowałem pozycję. Wyglądało to trochę tak, jakbym siedział plecakiem na krawędzi. Całe szczęście.
— Dobra, teraz przejdź na moją lewą stronę trzymając mocno napiętą linę! — Wydałem dyspozycję. — A gdy będziesz w wygodnym miejscu zacznij ciągnąć. Daj mi tylko znać wcześniej! Michał obszedł mnie po mojej lewej stronie i zaparł się mocno nogami. Trzymając w dłoni czekan w pozycji do hamowania upadku, krzyknął: — Możesz! — Szybko odrzuciłem kij trekkingowy, który pomagał mi w tej trudnej sytuacji, a drugą ręką mocno zabiłem czekan. Z pomocą Michała wygrzebywałem się z lodowej otchłani. Po minucie byłem z powrotem na powierzchni.
— Ale ich opierdzielę! — Byłem potwornie zły, że zgodziłem się schodzić w samo południe.
- Uszba Południowa. Jeszcze tu wrócimy
- Ostatnie spojrzenie na Uszbę
- Schodzimy w bezpieczne miejsce
- Już w bezpiecznym miejscu
Poruszanie się po lodowcu bywa w pewnym stopniu loterią. W wielu przypadkach, gdy odpowiednio śledzi się przebieg podejrzanych zagłębień, a także, gdy analizuje się lodowiec pod kątem potencjalnych spiętrzeń i obniżeń, można dość precyzyjnie ustalić miejsca, gdzie znajdują się potencjalne szczeliny. Są jednak takie sytuacje i bywają takie miejsca, w których nie sposób ustalić czy i gdzie znajduje się szczelina.
Gdy chodzę po lodowcu jako lider, uruchamiam w głowie szósty zmysł. Wyciszam się, skupiam na przebiegu drogi, ustalam przejścia z dużym wyprzedzeniem i przede wszystkim słucham wewnętrznego głosu. Nie lubię, gdy ktoś usilnie stara się mną kierować. Osoby z tyłu często widzą mniej, ale nie jestem też zamknięty na głosy zespołu. Trzeba słuchać wszystkiego, co nasz otacza: trzeszczącego lodu, dźwięków szumiącej wody pod śniegiem, osób, które mogą być w słabszej dyspozycji danego dnia, czy też głucho dudniącej pokrywy śnieżnej tuż przed sobą.
Lustrowanie lodowca w strefie akumulacji to ważna umiejętność i ten obowiązek nie spoczywa wyłącznie na liderze. Każdy członek zespołu zobowiązany jest do czujności, dlatego gdy idę jako kolejny w zespole również czujnie oglądam lodowiec. Mój wzrok wędruje od lewej do prawej strony. Wypatruję niewielkich obniżeń, lekko uginającego się śniegu i słucham siebie, otoczenia i swoich partnerów.
Gdy jako lider podchodzę do niewielkiej dziury w śniegu, robię to bardzo ostrożnie, jednocześnie informując partnerów, by zachowali wzmożoną czujność. Uniesiony czekan często stanowi wystarczający sygnał ostrzegawczy, jednak przed wejściem na lodowiec takie komunikaty zawsze ustalamy i jednoznacznie kodujemy. Niekiedy wystarczy prosty gest, aby zespół zachował szczególną ostrożność.
Yes (Y) i No (N) to sygnały, które powinniście dobrze znać z ratownictwa lotniczego. Uniesienie obu rąk oznacza wezwanie pomocy — Yes, I need help. Uniesienie jednej ręki sygnalizuje zaprzeczenie — No, I do not need help lub No, it is not safe. W zależności od kontekstu sygnały te możemy wykorzystywać na lodowcu w określony, ustalony przez nas sposób.
- Kodowanie sygnałów ostrzegawczych np. na lodowcu
4.6.1. Strefa akumulacji i ablacji. Lodowcowa ruletka
Strefa akumulacji to górna część lodowca, w której roczny bilans masy jest dodatni — ilość dostarczonego śniegu i lodu przewyższa straty wynikające z topnienia, sublimacji i wywiewania. Śnieg zalegający w tej strefie ulega stopniowej metamorfizacji: najpierw przekształca się w firn, a następnie w lód lodowcowy (oczywiście to dość uproszczony schemat). To właśnie ta strefa bywa najbardziej niebezpieczna.
Zalegający tu śnieg rzadko kiedy całkowicie odsłania szczeliny lodowcowe. Tworzy warstwy, które z czasem do złudzenia przypominają jednolitą powierzchnię lodowca — ale to tylko pozór. Mosty śnieżne mogą być naprawdę wytrzymałe, jednak gdy zaczyna operować słońce, wszystko może się wydarzyć. Czasami wystarczy jeden nieostrożny krok i to, co pozornie stabilne, staje się niebezpieczną pułapką.
Strefa ablacji obejmuje dolne partie lodowca, gdzie bilans masy jest ujemny. Dominują tu procesy strat masy, takie jak topnienie powierzchniowe, parowanie (sublimacja) oraz mechaniczne usuwanie lodu przez spływ wód roztopowych (wypłukiwanie). W strefie tej poruszanie się jest zazwyczaj dość bezpieczne. Odsłonięty lód, o ile nie jest pokryty świeżym śniegiem, jest czytelny.
Szczeliny zazwyczaj są dobrze widoczne, a poruszanie się po takim lodowcu nie zawsze wymaga wykorzystania lin alpinistycznych. Ale i w tej strefie należy mieć się na baczności. Wielkie kolumny lodowe, zwane serakami, potrafią odrywać się bez ostrzeżenia, a pozornie stabilne mosty lodowe mogą ulec nagłym zawaleniom. Nawet pozornie stabilna, szczelna lodowa powierzchnia może ulec zawaleniu na skutek działania wód wgłębi lodowca. Z doświadczenia wiem, że to właśnie w strefie ablacji — tam, gdzie lód jest odsłonięty i silnie poddawany procesom erozyjnym, na przykład przez promieniowanie słoneczne i przepływ wód — najczęściej dochodzi do niebezpiecznych zjawisk.
Pamiętam wyprawę do Kirgistanu, podczas której na odsłoniętym lodowcu wytyczyliśmy szlak transportowy do przenoszenia zaopatrzenia. Przez wiele dni nosiliśmy sprzęt i jedzenie dobrze wytrasowaną, pozornie bezpieczną drogą. Dwa tygodnie później, w tym samym miejscu, na odsłoniętym lodowcu, pojawiła się wielka, głęboka szczelina — dokładnie tam, gdzie wcześniej wielokrotnie przechodziliśmy bez najmniejszego zawahania.
To doświadczenie boleśnie uświadomiło nam, że na lodowcu bezpieczeństwo nie jest stanem trwałym, lecz chwilową konfiguracją warunków.
4.7. Dzień dziesiąty: Jaskinia. 120 GB danych. Akcja ratunkowa
4.7.1. Kropla drąży skałę. Jaskinia Yetiego
Kropla drąży skałę, a woda roztopowa drąży lód od środka. Lodowcowe jaskinie są jednymi z najbardziej dynamicznych, a zarazem najbardziej niebezpiecznych struktur. Często powstają w miejscach, gdzie woda spływająca z powierzchni lodowca dostaje się do jego wnętrza przez szczeliny i młyny lodowcowe. Płynąca woda działa niczym narzędzie erozyjne: topi lód, poszerza kanały, tworzy systemy tuneli, a czasami prowadzi do kolapsu dużych fragmentów lodowca. W takich sytuacjach powstają rozległe jaskinie lodowe — często głęboko ukryte, choć bywa, że wejście do ich wnętrza jest łatwo dostępne bezpośrednio z powierzchni lodowca.
Jaskinie lodowcowe potrafią być niezwykle piękne, lecz ich najbardziej zdradliwą cechą jest nietrwałość. Strop, który rano wydaje się stabilny, po południu może się zawalić pod wpływem wzrostu temperatury, zmiany przepływu wody lub narastających naprężeń w lodzie. Często takich miejsc strzegą masywne lodowe baszty — seraki i odłamy lodu — które niczym strażniczki obstawiają bramę do wnętrza lodowca.
Z punktu widzenia człowieka jaskinie lodowcowe pozostają obszarem skrajnego ryzyka: pięknym wizualnie, lecz całkowicie nieprzewidywalnym. W tych lodowych strukturach nie istnieje pojęcie stałego przejścia — istnieje tylko aktualny stan lodu. Dlatego wchodzenie do takich dziur musi być naprawdę uzasadnione, a i tak nadal będzie to przejawem szaleństwa.
4.7.2. 120 GB wszystkiego
Czasy, w których zdjęcie wykonane aparatem cyfrowym zajmowało 100 kb dawno minęły. Współczesne pliki raw, czy to z aparatu, czy też pliki mp4 z kamer gopro, potrafią zajmować dziesiątki megabajtów. Gdy mamy obszerne karty pamięci, takich plików w doskonalej rozdzielczości można zgromadzić wiele. Należy tylko pamiętać o złotej zasadzie zapisu danych — dywersyfikacja i backup.
Dwie karty zapisujące te same dane to wysoki poziom bezpieczeństwa. Gdy jedna z nich ulegnie awarii, zawsze pozostaje kopia danych na drugiej karcie. Każdy szanujący się fotograf o tym wie, chociaż nie każdy ma sprzętowe możliwości. Większość współczesnych aparatów — nawet te drogie, ale do amatorskiego zastosowania — nie posiadają możliwości wielokrotnego zapisu. Z tym niestety należy się pogodzić. Dlatego zapis danych na kilku mniejszych, niezależnych kartach, może okazać się jedynym możliwym środkiem ostrożności. Oczywiście, robienie kopii danych za pomocą urządzeń zewnętrznych jest jakąś tam opcją, ale mało kto nosi takie dodatkowe urządzenia w górach wysokich.
— Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwaaaaaa... — Właśnie oglądałem sobie promienie zachodzącego słońca na Uszbie, gdy niekontrolowana eksplozja gniewu poderwała mnie na nogi — skoczyłem jak oparzony. Michał kręcił się w kółko, wściekły i wyraźnie bezradny. Był niczym osaczona zwierzyna, która bezskutecznie próbuje odpierać ataki stada Likaonów. Nie wiem dlaczego akurat ten obrazek tak bardzo skojarzył mi się ze stadem atakujących dzikich psów — może to przez tą wściekłość w jego oczach, a może przez to, że kręcił się bezładnie w kółko wymachując kontrolerem, wciąż mając nadzieję, że odbiornikiem uda mu się złapać zgubiony sygnał, albo przepędzić niewidzialnych przeciwników.
— Kurwa! Kurwa! Kurwa! - Powtarzał. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. To ja zazwyczaj nie panuję nad emocjami, a on zawsze jest wyważony i spokojny.
— Co się stało? — Zapytałem cicho, chociaż tak naprawdę bałem się zadać to pytanie. Chyba już znałem odpowiedź.
— Co się stało, co się stało... — Michał powtarzał raz za razem moje pytanie. W jego tonie dało się wyczuć pretensje skierowane w naszą stronę. — Wszystko się stało. Rozbiłem drona! — Zapadła niezręczna cisza.
— Taaaak, leć do tej dziury, zobacz co tam jest..., wleć do jaskini Yetiego... — kontynuował Michał. — A ja, jak ten baran, jak nastolatek..., jak gówniarz dałem się namówić...
Kilka godzin wcześniej, schodząc lodowcem widzieliśmy w oddali skały, na których jacyś ludzie zwijali namioty. Byliśmy przekonani, że to będzie idealne miejsce na obóz. Mieliśmy również nadzieję, że gdzieś tam, pośród tych skał, wiedzie prostsza droga zejściowa — chcieliśmy ominąć trudną i stromą część lodowca z początków naszej wycieczki.
Gdy rozbiliśmy namioty, Michał uruchomił drona i zaczął oblatywać całą okolicę.
— Rozbiłem drona! Normalnie rozbiłem..., ale mam jego sygnał. Trzeba iść! — Gorączkował się Michał. — Trzeba iść, szybko, póki mam jego sygnał... kończy mu się bateria... szybko, chodźmy! — Zacząłem rozglądać się po okolicy. Jakoś nie wierzyłem, że taka akcja ratunkowa ma jakikolwiek sens. Dron wpadł gdzieś do szczeliny i ślad po nim zaginął. Nawet jeżeli wciąż nadaje sygnał i faktycznie znajduje się gdzieś na lodowcu, znalezienie go będzie arcytrudne.
— Michał, słońce już zachodzi. Zaraz będzie ciemno! — Palcem wskazałem Uszbę, na której właśnie gasły ostatnie promienie słońca. — Nawet jeżeli zaraz ruszymy to zanim dojdziemy do miejsca katastrofy, będzie już ciemno. Po omacku nic nie znajdziemy. On już przepadł, serio...
— Mam jego sygnał — Michał nie poddawał się. — Zapisałem też dane GPS i jak przestanie nadawać to wciąż będę wiedział, gdzie się znajduje.
— Nie wiem... dziś to raczej już słabo... — Powiedziałem zrezygnowany. — Ta jaskinia jest daleko, lodowiec potrzaskany, w pobliżu dziury, widać seraki, kurde.. no nie wiem, serio... dron chyba przepadł, a my tam, no wiesz... kurde... — zacząłem się jąkać. — Tam jest strefa ściskania, zobacz, jakie kolumny lodu sterczą nad jaskinią.
Nad jaskinią Yetiego wznosiły się olbrzymie seraki. Miejsce katastrofy znajdowało się w strefie ściskania lodowca, który dodatkowo mocno się tam jeszcze przełamywał. Potężne i niestabilne baszty nad jaskinią to setki ton twardego lodu. Zawalenie się tej konstrukcji, gdy będziemy akurat pod nią to amen w pacierzu — ostateczny.
— 120 GB danych! — wysyczał Michał. — Wszystko jest na tej jednej karcie.
— Kur...! - Niemalże krzyknąłem. — Masz tylko jedną kartę?
— Nosz... aaaa... — Nie dokończył Michał.
— Ja pierdziele... wszystkie przeloty, wszystko, co nakręciłeś leży teraz gdzieś tam w lodzie?
— Kur... — Szepnął Michał. Wyglądał na zdruzgotanego. To dron jego brata... no i 120 GB filmów. Niepowetowana strata. Karolina i Łukasz przysłuchiwali się naszej rozmowie, a my wciąż nie wiedzieliśmy czy, i jak to zrobić. Iść teraz, czy dopiero rano?
— Idźcie rano — wtrąciła się Karolina. — Teraz bezsensu, ciemno, lepiej iść rano..., ale ja i Łukasz chcielibyśmy jutro, mimo wszystko, zacząć wcześnie schodzić.
Może miała rację. Nasz czteroosobowy zespół i tak już nie istniał. Nie byli nam potrzebni. A jak coś się z nami stanie, to i tak marne byłoby wsparcie. Jeszcze przed obozem na uszbijskim plateau nasz zespół zaczął się rozpadać. Przestaliśmy się dogadywać, chociaż w pewnych aspektach nadal współpracowaliśmy.
— Ok, to zróbmy tak, że my wstaniemy o 6 rano i ruszymy na akcję. A wy, jak zwiniecie namiot to możecie zacząć schodzić. Jak coś, będziemy was gonić — powiedziałem. Karolina i Łukasz patrzyli na nas i zapewne zastanawiali się jak ugryźć ten temat.
— Tak chyba zrobimy — powiedziała Karolina.
— Dobra, to tak zróbmy — odezwał się Michał. Było po nim widać, że odzyskał spokój. Zamiast się gorączkować, zaczął myśleć metodycznie. — Mam zapisane miejsce katastrofy i po śladzie chyba trafimy. Zresztą, drona rozwaliłem nad jaskinią, więc jest szansa, że leży gdzieś przed dziurą...
— Albo wpadł do środka — odezwał się Łukasz.
— Jak jest w jaskini to na pewno przepadł — powiedziałem zrezygnowany. — Albo poleciał gdzieś głęboko do szczeliny i jego znalezienie będzie niemożliwe.
— Ale on wciąż nadaje sygnał. Gdyby wpadł głęboko to nie byłoby sygnału — rzeczowo odpowiedział Michał. — Ja wierzę, że uda się go odnaleźć!
— No nie wiem… — zasłoniłem dłońmi twarz, próbując zetrzeć zmęczenie. — Chyba powinniśmy spróbować, ale serio, szanse są zerowe, no i ten lodowiec tam... kurcze, wygląda to fatalnie.
— Idziemy rano. Wstaniemy przed szóstą, zjemy szybkie śniadanie i ruszymy! — Zawyrokował Michał. — Odzyskamy drona i nasze filmy!
- Jaskinia Yetiego
- Jaskinia w oddali
4.7.3. Akcja ratunkowa
Zmrożony lód chrzęścił pod rakami. Znajdowaliśmy się znacznie poniżej strefy akumulacji, dlatego lodowiec był w pełni odsłonięty. Szczeliny, które pokonywaliśmy, nie były duże, a ich przeskakiwanie okazywało się wyjątkowo proste. Szliśmy niemalże po tej samej poziomicy, na zbliżonej wysokości, dzięki czemu nie musieliśmy się specjalnie wspinać. Popękany lodowiec tworzył charakterystyczne lodowe półki, swoiste stopnie. Wystarczyło trzymać jeden poziom, by znacząco skrócić dystans do jaskini — wyglądało to tak, jakbyśmy szli po ogromnych schodach, nie w górę, ani w dół, lecz w poprzek. Trawersowaliśmy lodowiec.
Zadziwiająco szybko osiągnęliśmy nasz cel. Po 40 minutach byliśmy praktycznie u wylotu jaskini. Michał zniknął gdzieś za załomem lodowym, kierując się wskazaniami gpsa, a ja ruszyłem wprost do bramy Mordoru. Miałem nadzieję, że Yetiego nie ma w domu, albo wciąż jeszcze smacznie śpi. Gdy znalazłem się 15 metrów przed wejściem do jaskini zacząłem bacznie obserwować lód. Seraki — wielkie lodowe bryły, ściany frontowe wielkiego domu, niczym mury obronne twierdzy Bogini Dali — groźnie wznosiły się nade mną. Słuchałem trzeszczącego lodu, a Michał gdzieś zaginął.
Ruszyłem ostrożnie w stronę wielkiego wejścia do jaskini. Kroki stawiałem ostrożnie trzymając w pogotowiu dwa czekany. Byłem gotowy w każdej chwili uskoczyć, uciec z dala od potężnych brył lodowych. Gdyby runęły, wiedziałem, że nie mam żadnych szans, ale pozorne poczucie sprawczości dodawało mi otuchy. Gdy byłem już blisko wejścia do Mordoru, położyłem się na lodzie i delikatnie podczołgałem do krawędzi.
— Tylko nie teraz — szepnąłem, lekko zerkając w górę na seraki. Nie wierzyłem, że uda się znaleźć drona, ale kto nie próbuje, ten nie ma. Wychyliłem głowę za krawędź. Jaskinia była olbrzymia. Głęboko nade mną wznosił się kruchy strop. Niebieski lód wspaniale się prezentował, ale to, co leżało na dole jaskini, świadczyło, że warunki tutaj są mocno niestabilne. Dolna część jaskini, a więc jej spąg, pokryta była wielkimi bryłami lodu. Rozrzucone wokół lodowe głazy ścieliły podłoże. Trudno było ocenić, czy zejście — a w zasadzie zjazd — do takiego miejsca jest bezpieczne. Szczerze mówiąc, nic tutaj nie było bezpieczne.
Rumowisko lodowe budziło we mnie respekt. Dopiero po fakcie pomyślałem, że podchodząc do otworu, powinienem wcześniej zbudować stanowisko w lodzie i wykonać ten manewr z asekuracją, lecz było już na to za późno. Leżałem na lodzie i rozglądałem się po jaskini. W pewnym momencie dostrzegłem szczątki. Dron leżał rozbity, bez skrzydeł, rozłupany na pół, ale wciąż pozostawał w zasięgu wzroku.
Platforma lodowa, na której leżałem, była podcięta, jakby uciekała głęboko pode mnie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że leżę na lodowym okapie.
— Rany... — wyszeptałem. Powoli zacząłem się wycofywać. Gdy byłem już dość daleko spojrzałem w górę. Seraki wciąż stały niewzruszone. W nocy temperatura mocno spadła poniżej zera, więc póki co, powinny tu chwilę jeszcze postać — obym się nie mylił.
— Michał! Znalazłem go — krzyknąłem wycofując się ze strefy zagrożenia. — Michał, gdzie jesteś?
— Szukam... gps wskazuje, że jestem już blisko... — Dobiegł do mnie stłumiony głos Michała.
— Ale ja go już znalazłem!
— Już idę! — Odkrzyknął. Po dwóch minutach pojawił się Michał. Wyglądał na uradowanego, lecz gdy spojrzał w górę, jego mina zrzedła. Lodowe kolumny były niczym Kolos Rodyjski — szeroko rozpostarte i obojętne. W obliczu tego monumentu nasza obecność nie miała tu żadnego znaczenia.
— Nie ma czasu. To wszystko może w każdej chwili na nas runąć — powiedziałem. — Buduję stanowisko, a ty szykuj się do zjazdu.
— Yyy... — zająknął się Michał. — Mam zrobić zjazd?
— A zbudujesz wyciągarkę i mnie wyciągniesz? — Zapytałem, ale Michał pokręcił przecząco głową. — No, to szykuj się do zjazdu, a ja, jak będziesz zbierał trupa, przygotuję szybko flaszencuga.
Po kilku minutach Michał hycnął do dziury, a ja zacząłem budować wyciągarkę. Stanowisko samonastawne zbudowane było z dwóch solidnie wkręconych śrub lodowych, połączonych taśmą. Punktem centralnym był zakręcany karabinek HMS, który wpiąłem do precelka na taśmie. Następnie, do karabinka HMS wpiąłem karabinek owalny ze Spoc'iem (bloczek z blokadą od Edelrida). Na końcu liny zawiązałem kluczkę ósemkową i tak wstępnie przygotowaną linę opuściłem Michałowi.
— Wepnij się w łącznik uprzęży — krzyknąłem. Michał potwierdził gestem ręki, że zrozumiał. Wpiął karabinek i kontynuował zbieranie resztek drona. Będąc już przy stanowisku założyłem na linę tibloca firmy Petzl, a do niego wpiąłem kolejny karabinek owalny z bloczkiem bez blokady. Drugi koniec liny wpiąłem w bloczek i tym manewrem zakończyłem budowanie prostego układu 3do1, zwanego flaszencugiem.
— Mogę? — Krzyknąłem w stronę dziury.
— Ciągnij! — odkrzyknął Michał. Zacząłem mozolnie, choć ku mojemu zdziwieniu dość lekko, wyciągać Michała na powierzchnię. W tym prostym układzie 3:1, aby wyciągnąć kogoś z dziury o jeden metr, trzeba wybrać aż trzy metry liny. Prosta mechanika, która, w takim układzie, przy użyciu odpowiednich ruchomych bloczków (im mniej stratny przyrząd, tym lepiej), zmniejsza ciężar osoby ratowanej do poziomu około 0,37 jego wyjściowej masy. Jeżeli Michał ważyłby około 90 kg to realnie wyciągałem około 33,3 kg (model idealny, bez strat, ale taki nie istnieje), plus jakieś lekkie straty na krawędzi lodu (lina na szczęście nie wcinała się w krawędź).
Rzecz jasna, Michał nie pozostawał bierny. Pracował na tyle, na ile pozwalały mu warunki, dzięki czemu akcja przebiegała bardziej niż sprawnie. Już po półtorej minuty zobaczyłem czekan wbijający się w lód za krawędzią, a chwilę później pojawiła się głowa Michała. Wyglądał na przejętego.
— Dzień dobry! — Przywitałem Michała. — Masz trupa?
— Ale tam zimno i strasznie yhh... coś trzeszczy i strzela... — wysapał Michał. — Mam chyba wszystkie elementy.. ykhhmm... zobaczymy jak z kartą, ale to... kurde... jak wrócimy do namiotu. Podciągnij mnie jeszcze trochę.
— Świetnie. Dobra, dawaj do góry — zachęciłem Michała do wyjścia za krawędź. Gdy był już na powierzchni dałem mu znak ręką, żeby zbliżył się do stanowiska.
— Wypinaj się szybko, zbieramy manatki i znikamy stąd. Coś tam skrzypi i trzeszczy, jakoś nie czuję się tu bezpieczny. Po kilku minutach ruszyliśmy w stronę naszego namiotu.
— Przybij czekan! — Skierowałem dziabę w stronę Michała, który energicznie skrzyżował ze mną swoje ostrza. Zadzwoniła stal. Wygraliśmy, praktycznie bez większych strat, a cała akcja ratunkowa, wraz z dotarciem do jaskini, zajęła nam niecałą godzinę. Gdy dotarliśmy do obozu, Karolina i Łukasz dopiero przygotowywali sobie śniadanie. Byliśmy znacznie przed czasem, ale to nie miało już większego znaczenia. Sakarvelos Gaumardżos.
- Już w bezpiecznym miejscu
- Zespół górski
- Michał bieży niczym baranek
- Michał na zejściu
- Wielki wodospad uszbijski
- Dolina prowadząca do Mazeri
4.8. Dzień jedenasty, dwunasty i trzynasty: Mestia. Pathfinder. Ushguli. Schara
Po zejściu z Uszby napięcie powoli ustępowało miejsca ciszy i zwyczajnej radości bycia w drodze. W Mesti wynajęliśmy wysłużonego Nissana Pathfindera i tylko we dwóch — ja i Michał — ruszyliśmy w stronę Ushguli. Ta podróż była dla nas czystym relaksem, pozbawionym presji czasu i wysokości, jakby nasze organizmy same domagały się prostoty po dniach spędzonych w pionowym, stresującym świecie.
Od pierwszych kilometrów towarzyszył nam dobry nastrój — byliśmy spokojni, rozluźnieni i autentycznie radośni. Żartowaliśmy w nasz charakterystyczny autystyczny sposób. Śmiech często zagłuszał agresywny dźwięk silnika, a sama droga stała się celem równie ważnym jak miejsce, do którego zmierzaliśmy. Czerpaliśmy przyjemność z każdego postoju, z rozmów i z poczucia, że nic nie musimy, a wszystko możemy.
Droga wiodąca przez Swanetię pozwalała wciąż oglądać Uszbę z oddali — już nie jako wyzwanie, lecz jako wspomnienie. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, by zrobić zdjęcia jej sylwetki z nowych perspektyw, a jazdę spowalniały wszechobecne krowy i potężne byki spokojnie okupujące asfalt. W tym rytmie, dyktowanym przez góry i lokalne życie, było coś kojącego i prawdziwego.
Ushguli przywitało nas surowym pięknem najwyżej położonej zamieszkanej wioski Europy, z kamiennymi wieżami i widokiem na monumentalną ścianę Szchary. Choć był to już zupełnie inny etap wyjazdu, nie potrafiliśmy odmówić sobie krótkich wyjść w teren — weszliśmy na okoliczne wzgórza sięgające około 3500 metrów, bardziej dla ruchu i widoków niż ambicji, chociaż podczas tej wycieczki zrodził się pomysł na Szcharę (najwyższy szczy Gruzji, 5193 m.)
Ushguli to miejsce wyjątkowe nie tylko ze względu na położenie, ale także na swoją historię i charakter. Ta położona na wysokości około 2100–2200 m n.p.m. osada składa się z kilku niewielkich wiosek i liczy dziś zaledwie kilkuset stałych mieszkańców. Przez wieki była jednym z najbardziej odizolowanych miejsc w Gruzji, a surowe warunki klimatyczne i terenowe ukształtowały tu specyficzną kulturę przetrwania i niezależności.
Najbardziej rozpoznawalnym elementem Ushguli są średniowieczne wieże obronne, wznoszone od IX do XII wieku. Budowane z lokalnego kamienia, pełniły funkcję schronienia i punktów obserwacyjnych w czasach częstych konfliktów rodowych (licwri) oraz najazdów. Każda rodzina posiadała własną wieżę, która w razie zagrożenia stawała się twierdzą.
Dziś te kamienne sylwetki nadają wiosce niepowtarzalny charakter i sprawiają, że Ushguli znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. W ostatnich latach Ushguli stało się jednym z najbardziej popularnych kierunków turystycznych w Swaneti i całej Gruzji. Przyciąga zarówno miłośników gór, jak i podróżników szukających autentycznych miejsc z dala od wielkich miast. Bliskość masywu Szchary, surowy krajobraz, wieże obronne oraz poczucie obcowania z żywą historią sprawiają, że Ushguli jest dziś symbolem wysokogórskiej Gruzji — miejscem, w którym przeszłość i współczesna turystyka spotykają się w wyjątkowo wyrazisty, pierwotny sposób.
- Panorama na Ushguli
- Nasz Pathfinder
- Byk. Jechać, czy nie jechać
- Sianowóz
- Zielone doliny i wzgórza Sawaneti
- Opuszczone domy w Gruzji
- Kapliczka mocy. Za tych szto pagibli
- Kapliczka mocy za tych co zginęli
- 12 wieczne wieże Ushguli
- Kamienne wieże, kamienne domy
- Osiedla w Ushguli
- Pamięci osób
- Duma Gruzinów
- Dwunastowieczne wieże obronne
- Najwyżej położona wioska w Europie
- Kontrast
- Swanecka wiosna Ushgui
- Swaneckie wieże
- Ikoniczny kadr
- Szchara. Najwyższy szczyt Gruzji
- W Mazeri
- Najczęściej wykonywany kadr w Ushguli
5. Zespół jako system bezpieczeństwa. Kontrakt zaufania
Zanim przejdę do krótkich rozważań dotyczących tego, czym dla mnie jest zespół w górach — bo każdy może mieć własny model i własne wyobrażenia — muszę przyznać, że sam nie zawsze dobrze funkcjonuję w zespołach. Ambicje, pragnienia, przesadny perfekcjonizm, wreszcie wysokie wymagania wobec siebie niemal zawsze przekładają się na wysokie wymagania wobec członków moich zespołów.
Na wyprawach wysokogórskich domagam się od siebie pełnego zaangażowania. Wychodzę bowiem z założenia, że gór nie zdobywa się wyłącznie siłą mięśni — te dość szybko zawodzą — lecz przede wszystkim siłą woli, zdolnością akceptacji ryzyka i gotowością do poświęcenia. Na wielkie szczyty często wchodzi się głową, bowiem ciało jest w stanie tyle, na ile pozwala umysł. Nie jest to jedynie metafora, lecz fakt potwierdzony badaniami, o których można przeczytać między innymi w książce pt. "Pod górę" Steve’a House’a i współautorów.
Dlatego na wyprawach oczekuję od innych takiego samego poziomu zaangażowania, jaki narzucam sobie. Niestety, wobec siebie samego jestem chyba dość surowym sędzią. To nie sprzyja budowaniu doskonałych relacji w zespole — mam tego świadomość — ale w jednej kwestii zespół może mieć absolutną pewność: jeśli coś ustalę z zespołem, zawsze dotrzymuję słowa.
Zawierając zespołowy kontrakt bezpieczeństwa, a więc kontrakt zaufania, domagam się tego samego od członków mojego zespołu. Złamanie fundamentalnych zasad bezpieczeństwa — nie w wyniku błędów w sztuce wspinaczkowej, bo od tych przecież nikt nie jest wolny — lecz świadomie, z premedytacją i dla własnej wygody, zamyka definitywnie drogę do budowania relacji partnerskiej.
Nie jestem idealnym partnerem, bo chyba zbyt mocno oczekuję od innych wysokiego poziomu zaangażowania, ale gdy ustalę z partnerami coś, co jest ważne z punktu widzenia naszego wspólnego bezpieczeństwa, to trzymam się tych ustaleń niczym tonący brzytwy – a na pewno staram się jak potrafię. Możemy różnić się poglądami, mieć diametralnie odmienne zdania i nie zawsze się ze sobą zgadzać. Dla mnie jednak to, co zostało wspólnie ustalone i zaakceptowane przez cały zespół, przestaje być opinią, a staje się zobowiązaniem.
Niestety, nie są to już „święte zasady”, którymi rządzi się współczesne górskie środowisko. Wysoko rozwinięta górska etyka (cokolwiek się pod tym pojęciem kryje — a kryje się naprawdę dużo) dla wielu ludzi wspinających się w górach wysokich przestaje być cokolwiek ważna. Wybujałe ambicje (tu akurat przytyk w moją stronę), zorientowanie na własne potrzeby, wygoda, wreszcie instrumentalne traktowanie partnerów zajmują miejsce elementarnych wartości: lojalności i współodpowiedzialności za zespół. A przecież to właśnie one przez dekady stanowiły fundament alpinizmu — nie szczyty, nie cyfry, nie relacje z przejść ani własna wygoda, lecz sposób, w jaki dochodziło się do pewnych decyzji. Za tymi decyzjami zawsze były konkretne konsekwencje, które było się gotowym ponieść.
Być może to właśnie góry wysokie, bardziej niż jakiekolwiek inne środowisko, bezlitośnie obnażają te przesunięcia akcentów. Nie da się tu długo udawać zespołu, nie da się schować ego pod liną ani zneutralizować braku zaufania techniką. W pewnym momencie wszystko sprowadza się do prostego pytania: czy jesteśmy tu razem, czy tylko obok siebie?
5.1. Zespół górski to układ zależności
Zespół w górach to nie suma ludzi, lecz układ zależności, w którym każda decyzja, każdy błąd, każda słabość rozchodzą się natychmiast na wszystkich. W odróżnieniu od zespołów tworzonych w warunkach cywilnych, np. podczas gier drużynowych, w górach stawką nie jest wynik, lecz bezpieczeństwo.
U podstaw każdego zespołu leży wspólna odpowiedzialność. Lina, która łączy ludzi nie jest symboliczna. Ona wiąże los jednego członka zespołu z drugim. Zespół w górach wysokich powstaje w jednym, konkretnym celu – zwiększa margines bezpieczeństwa i scala ze sobą różne poziomy doświadczenia. Jest niczym średnia arytmetyczna: wyrównuje obciążenia, rozmywa skrajności i kompensuje indywidualne ograniczenia — nie czyni nikogo lepszym, ale sprawia, że słabości jednego członka zespołu nie muszą stać się porażką wszystkich. Gdy jednak którykolwiek z członków grupy rezygnuje z zespołowej gry w jej trakcie, świadomie się odłącza, znając realia niebezpiecznego środowiska, czyni zespół wyraźnie słabszym i znacznie bardziej podatnym na katastrofę.
Drugą ideą tworzenia zespołów w górach wysokich jest redukcja ryzyka poprzez współdziałanie. Każdy członek zespołu, niezależnie od doświadczenia, pełni rolę czujnika: obserwuje partnerów, teren, pogodę, tempo oraz stan psychofizyczny. Zespół funkcjonuje poprawnie tylko wtedy, gdy działa sprawna komunikacja – informacje muszą krążyć swobodnie, a wątpliwości kogokolwiek z zespołu nie mogą być ignorowane, ani tłumione autorytarnie przez silniejszych, bardziej doświadczonych. Każdy ma prawo wyrazić swoje obawy i wątpliwości.
Trzecią ideą, która dobrze opisuję istotę zespołu jest pokora wobec środowiska. Zespół nie istnieje po to, żeby „pokonać górę”, lecz by poruszać się po niej w sposób kontrolowany. Wycofanie się z ataku jest zawsze decyzją równoważną z atakiem — chociaż w kwestii „wycofu” zawsze było mi ciężko pogodzić się z taką decyzją. Źle znoszę porażki, dlatego, gdy zespół w głosowaniu decyduje się na odwrót, zawsze pojawia się mój silny opór.
Zespoły górskie tworzy się w oparciu o komplementarność — ambicje często zaburzają ich prawidłowe funkcjonowanie. Liczy się zgodność: tempa, doświadczenia, tolerancji ryzyka, stylu podejmowania decyzji oraz zdolności do komunikacji pod presją. Choć te zasady mają sens i nie powinny być przeze mnie kwestionowane, to jednak właśnie ambicjonalne dążenie do wyzwań najczęściej prowadzi mnie w góry. Jestem przekonany, że osoby bez górskich ambicji nie wybierają się w góry wysokie, a tym bardziej na mityczną i bardzo niebezpieczną Uszbę. Komplementarność zespołu jest niezwykle ważna, jednak bez ambicji nie byłoby motywacji do wychodzenia poza własne ograniczenia.
Ostatnim elementem definiującym poprawnie działający zespół jest uświadomienie sobie faktu i zaakceptowanie przez każdego członka grupy, że każda górska wspinaczka to przekraczanie strefy komfortu. Jest to proces wymagający odwagi, wytrwałości, wzajemnego wsparcia oraz umiejętności kompromisu. Gdy któryś z członków zespołu formuje się w zespół, przyjmuje na siebie grupowe zobowiązania, a później odrzuca ten fakt, izoluje się, deprecjonuje ustalone wcześniej działania i cele, wreszcie, wycofuje swoją zgodę na przekraczanie strefy komfortu, mocno rozbija zespół. Czyni go wyraźnie słabszym, bardziej podatnym na awarię. Chwiejność decyzji i bombardowane morale zespołu, gdy jest się już w górach wysokich, to najgorszy z możliwych scenariuszy.
Góry wysokie nie są miejscem, w którym ujawniają się nadzwyczajne cechy człowieka — raczej przyspieszają i wyostrzają to, co i tak w nim jest obecne. Relacje, które w warunkach codziennych funkcjonują poprawnie, pod presją wysokości, zmęczenia i ryzyka zaczynają się zmieniać. Strach i lęk nie są tu niczym nadzwyczajnym; stają się problemem dopiero wtedy, gdy nie zostają nazwane i włączone w wspólny proces decyzyjny. Wówczas przestają pełnić funkcję ostrzegawczą, a zaczynają dezorganizować działanie zespołu.
Zespół górski działa poprawnie tylko wtedy, gdy relacje między ludźmi pozostają przejrzyste, a odpowiedzialność — rzeczywiście wspólna. Każde odejście od ustaleń, każdy indywidualny skrót czy decyzja podejmowana w oderwaniu od reszty, osłabiają nie tylko strukturę bezpieczeństwa, ale także zaufanie, które spaja ludzi w trudnym środowisku. Góry nie wymagają heroizmu ani tłumienia emocji; wymagają uczciwości wobec siebie i innych. I to właśnie ta uczciwość, znacznie częściej niż siła czy technika, decyduje o tym, czy zespół potrafi przetrwać próbę.
5.2. Prawa rządzące zespołem górskim
W mądrej książce pt. "Góry – wolność i przygoda" znajdziemy wiele rozdziałów, które określają dość twarde reguły rządzące zespołem górskim. Choć nie są one formalnie usankcjonowane – nie jest to górski kodeks ruchu drogowego – ich znajomość i zrozumienie zależności może znacząco poprawić komunikację w grupie.
Zespół, który jasno komunikuje swoje potrzeby, staje się bardziej czujny i mniej podatny na awarie. Relacje między jego członkami nie muszą być przyjacielskie, ale zawsze powinny opierać się na wzajemnym szacunku. Szanować należy siebie, ale przede wszystkim należy szanować fundamentalne zasady bezpieczeństwa i powzięte ustalenia.
Poniżej kilka kolejnych fundamentalnych praw, którymi powinny rządzić się zespoły górskie:
— prawo odpowiedzialności zbiorowej — każdy odpowiada za siebie i za zespół. Nie ma „mojego” lub „twojego” ryzyka — jest ryzyko wspólne,
— prawo do komunikacji — daje każdemu członkowi zespołu możliwość natychmiastowego zgłoszenia swoich wątpliwości,
— prawo zaufania operacyjnego — w kluczowych momentach zespół musi działać zgodnie z ustalonym podziałem ról. Podważanie decyzji lidera w trakcie akcji jest zazwyczaj destrukcyjne dla całego zespołu,
— prawo równości wobec zagrożenia — równa nas wszystkich, bowiem każdy jest podatny na błędy,
— prawo odpowiedzialności lidera — lider nie jest tym, kto idzie pierwszy, lecz tym, kto bierze na siebie ciężar decyzji i konsekwencji.
Gdy połączymy wszystkie te idee, prawa i systemy, okazuje się, że zespół górski jest tymczasowym kontraktem zaufania, zawartym w niebezpiecznym środowisku. Dopóki jesteśmy w górach, wszelkie antypatie, niechęci czy różnice zdań nie powinny wpływać na bezpieczne funkcjonowanie grupy. Jakość działania grupy ujawnia się nie wtedy, gdy wszystko przebiega zgodnie z planem, lecz w momencie, gdy niepewność i zagrożenie testują granice zespołu.
5.3. Z życia wzięte - awaria zespołu górskiego
Zastanawiacie się zapewne, dlaczego piszę o zespole górskim w kontekście artykułu o Uszbie? Wnikliwy czytelnik na pewno zauważył, że podczas naszej wyprawy nie wszystko działało tak jak należy. Mimo, że staram się podchodzić do tego tematu na chłodno, nikogo nie oceniając, jednocześnie, jakoby na usprawiedliwienie tego wpisu biczując samego siebie i tonując wypowiedzi, emocje, jakie wówczas mną targały były skrajne. Po długiej i spokojnej dyskusji z moim partnerem Michałem, a nie znam bardziej wyważonego człowieka, chyba były w pełni uzasadnione. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie jestem tutaj bez winy. Moje błędy były równie kluczowe, jak błędy moich partnerów. Zatem, co się wydarzyło? Wszystko — nasz zespół dość szybko przestał poprawnie funkcjonować.
Pierwsze rozbieżności pojawiły się już na etapie kompletowania potrzebnego sprzętu. Lodowce to bardzo niebezpieczne środowisko, dlatego odpowiedni zestaw sprzętu do asekuracji i ratownictwa jest niezwykle istotny. Różnice zdań w tym zakresie sprawiły, że moje poczucie bezpiecznego zespołu zostało lekko nadszarpnięte (nie wchodząc zbyt głęboko w szczegóły).
Kolejnymi rozbieżnościami, które nadszarpnęły moje wyobrażenie o naszym zespole górskim (celowo używam tutaj zwrotu wyobrażenie) były zastosowane techniki asekuracji. Metodologia oraz skuteczność takiej asekuracji na stromym lodospadzie, jaką miałem okazję obserwować, ocierały się wręcz o absurd. Mimo zgłaszanych przeze mnie poważnych zastrzeżeń spotkałem się z całkowitym niezrozumieniem — a być może świadomym ich zignorowaniem.
Zespół nie zachowywał odpowiedniej czujności, przez co w niektórych przypadkach prowadzona przeze mnie asekuracja na ścianie Uszby była znacznie poniżej dopuszczalnej. Jest to o tyle ważne, że siła techniczna zespołu była zróżnicowana i mój poziom akceptacji ryzyka niekoniecznie był taki sam jak u moich kolegów. Jeżeli ktoś z zespołu czuł się zagrożony takim stanem asekuracji powinien od razu zareagować, bowiem ryzyko i konsekwencje dotyczyły nas wszystkich. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że mimo osiągnięcia szczytu w dobrym czasie, niektóre sekwencje wspinaczki były wpisane w definicję trójki samobójki — przy pełnej akceptacji zespołu (a nie powinno tak być).
Również rozdzielenie się bezpiecznego zespołu czteroosobowego na dwie dwójki było przejawem skrajnego ryzykowania tam, gdzie to ryzyko nie powinno się pojawić. Wędrówka po lodowcu dwóch niezależnych zespołów dwójkowych, już w strefie akumulacji, w efekcie końcowym doprowadziła do niebezpiecznego wypadku. Gdyby zespół pozostał niezmieniony, wpadnięcie osoby prowadzącej do ukrytej szczeliny nie byłoby tak groźne. To, co jednak najmocniej mnie uderzyło to był komentarz już po fakcie, który brzmiał mniej więcej tak: to nie szliście naszym śladem? Tak, jakby osoba wypowiadająca te słowa miała monopol na bezpieczne przejście przez lodowiec.
Jeszcze przed wyprawą zgłaszałem potrzebę wzajemnej unifikacji, której celem było uzupełnienie braków technicznych zespołów. Byłem przekonany, a późniejsze wydarzenia potwierdziły moje przypuszczenia, że zespół był mocno zróżnicowany pod kątem umiejętności prowadzenia asekuracji i rozwiązywania sytuacji awaryjnych (z naciskiem bardziej na nieumiejętność, aniżeli posiadaną umiejętność). Taki stan rzeczy był w dużej mierze moją winą, bowiem jako instruktor (chociaż ja również nie mam monopolu na bezpieczeństwo) powinienem naciskać na unifikację jako warunek konieczny do spełnienia. Niestety, ambicje i lenistwo przeważyły nad zdrowym rozsądkiem.
Czarę goryczy przelało jednak zdarzenie, które definitywnie podważyło pojęcie zespołu górskiego. Choć miało ono miejsce w terenie uznawanym za względnie bezpieczny, jego potencjalne konsekwencje mogły okazać się bardzo poważne. Problemem nie było samo pojawienie się zagrożenia, lecz to, że zdarzenie to ostatecznie potwierdziło moje wcześniejsze obawy — nie stanowiliśmy zespołu; w istocie nawet nie działaliśmy obok siebie.
Podczas kilkukilometrowego zejścia do Trekkers Inn zespół rozdzielił się do tego stopnia, że wspólnie ustalone miejsce spotkania, tzw. punkt zborny, dla części zespołu było nic nie znaczące. Dwójka, która szybciej osiągnęła Trekkers Inn, zgodnie z jasnymi, nie podlegającymi dyskusji ustaleniami, miała pozostać w tym miejscu aż do momentu połączenia się wszystkich członków wycieczki.
Niestety, dla własnej wygody, bez głębszej autorefleksji, opuścili oni miejsce spotkania przypadkowo złapanym samochodem. Pozostawiona dwójka, po osiągnięciu miejsca spotkania, spędziła w punkcie zbornym przeszło godzinę na poszukiwaniu zaginionych, i tylko szczęśliwym trafem, po spotkaniu przypadkowych turystów z Polski, dowiedziała się, że osoby te złapały stopa i opuściły ustalone miejsce spotkania bez informowania pozostałych zainteresowanych.
Zapewne w tym miejscu padnie argument, że przecież wysłano wiadomość SMS — i faktycznie, dotarła ona na telefon, jednak dopiero znacznie bliżej Mazeri, tam gdzie realnie pojawił się zasięg telefonii komórkowej. Pytanie nie brzmi więc, czy wiadomość została wysłana, lecz czy w ten sposób należy postępować w górach. Odpowiedź jest jednoznaczna: nie. Tak się po prostu nie robi.
Moim zdaniem było to jedno z najpoważniejszych naruszeń ustalonego kontraktu zaufania, nawet jeśli — paradoksalnie — w razie wypadku jego konsekwencje nie musiałyby być najbardziej dramatyczne. W takiej sytuacji niezwykle trudno ponownie związać się liną. Zaufanie w tym momencie całkowicie zawiodło, a bez niego nie sposób funkcjonować w zespole górskim — ani dosłownie, ani w przenośni.
6. Podsumowanie wyjazdu na Uszbę Północną (Northern Ushba)
Wyjazd wspinaczkowy na północny wierzchołek Uszby planowany był na czternaście dni, jednak dzięki wyjątkowo sprzyjającym warunkom pogodowym — jak na Uszbę wręcz idealnym — cała akcja górska zakończyła się już po dziewięciu dniach.
Proces aklimatyzacji, obejmujący wspinaczkę na uszbijskie plateau, trwał trzy i pół dnia. Poruszaliśmy się powoli, świadomie dzieląc czas między wysiłek a odpoczynek, przy tym bacznie obserwując reakcje własnych organizmów. Po osiągnięciu plateau (ok. 4100 m) dwa dni później przystąpiliśmy do ataku szczytowego, który zakończył się bezpośrednim wejściem na wierzchołek.
Niestety już w trakcie wspinaczki na uszbijskie plateau zespół, który miał działać niczym dobrze naoliwiona maszyna, zaczął ujawniać swoje słabości. Nie było to widoczne od razu, jednak im bliżej byliśmy plateau, tym wyraźniej brak komunikacji, indywidualne decyzje niektórych członków zespołu oraz ignorowanie podstawowych, fundamentalnych zasad bezpieczeństwa na lodowcach prowadziły do rozłamu. System bezpieczeństwa zespołu przestał działać prawidłowo.
Doświadczenie to pokazało, jak kruche jest zaufanie w górach wysokich. Nawet najlepiej przygotowany i technicznie sprawny zespół nie jest odporny na decyzje jednostek, które ignorują wspólne ustalenia lub lekceważą znaczenie komunikacji. W sytuacjach, gdy jeden z członków zespołu wybiera własną drogę, a reszta pozostaje w przekonaniu, że funkcjonujemy jako całość, każde niedopatrzenie może mieć konsekwencje dramatyczne.
Podczas zejścia z Uszby doszło do podziału grupy na dwa niezależne zespoły (Karolina i Łukasz opuścili plateau dwie godziny przed nami), co z punktu widzenia bezpieczeństwa stanowiło poważne zagrożenie. Wypadek, który wydarzył się kilka godzin później, w samo południe, mógł mieć dramatyczne skutki. Uratowało nas jedynie szczęście (małe rozwarcie szczeliny, ale na szczęściu nie wolno opierać swojej górskiej działalności) oraz przestrzeganie podstawowych zasad bezpieczeństwa: duże odstępy w zespole i węzły hamujące na linie asekuracyjnej.
Patrząc wstecz, to doświadczenie pozostaje dla mnie i dla Michała wyraźnym dowodem na to, że zaufanie, komunikacja i dyscyplina zespołu są co najmniej tak samo ważne, a często ważniejsze, niż umiejętności techniczne czy sprzyjające warunki pogodowe.
Góry testują człowieka na każdym poziomie — sprawdzają siłę, odporność, ale też charakter, cierpliwość i odpowiedzialność wobec innych. I choć wejście na Uszbę przyniosło poczucie satysfakcji i triumfu nad terenem, najcenniejszą lekcją pozostała świadomość, że siła zespołu nie mierzy się w metrach zdobytej wysokości, lecz w tym, jak radzi sobie on w chwilach zagrożenia i niepewności.
Błędy, które miały miejsce podczas wyjazdu, były typowymi błędami wynikającymi z czynnika ludzkiego — a więc na skutek emocji, ambicji, pragnień, ograniczonego zasobu wiedzy i umiejętności, braku odpowiedniego przeszkolenia oraz na skutek ograniczeń sprzętowych.
- Piękna grań na trekking
- Głęboka dolina. Ushguli
- Rozległa dolina u podnóża Szchary
- Kaukaz Centralny
- Łąki i hale
- Piękne wzgórza. 3500 m. npm
7. Nasze filmy z wyjazdu na Uszbę
7.1. Opowieść z Uszby. Reżyseria: Piotr Picheta i Michał Czaja (2023)
7.2. Opowieść z Uszby. Reżyseria: Łukasz i Karolina (2023)
7.3. Uwięzieni pod Uszbą. Reżyseria: Łukasz i Karolina (2022)
8. Moja literatura, linki, artykuły o Uszbie
1. Artykuł, który pisałem po mojej pierwszej próbie na Uszbie w 2016 roku. Tytuł artykułu: Niech zatańczy Uszba, moja narzeczona (artykuł na blogu Szkoły).
2. Drugi tekst dostępny na blogu mojej Szkoły Górskiej Climbe. Tytuł artykułu: Uszba, wilczyca Kaukazu (artykuł na blogu Szkoły).
3. Uszba na polskiej Wikipedii. Dosyć skromny tekst, zważywszy na fakt, że Uszba była zawsze jedną z ważniejszych gor na Kaukazie.
4. Uszba na Wikipedii w wersji anglojęzycznej. Wpis bogatszy w treść i liczne odnośniki.
5. Bogini Dali wg mitologii gruzińskiej. Polski wpis na Wikipedii, dość ubogi w treść.
6. Bogini Dalki wg mitologii gruzińskiej. Anglojęzyczny wpis na Wikipedii. Bardzo bogaty w treść, literaturę uzupełniającą.
7. Ushba na popularnym serwisie poświęconym wyprawom w góry wysokie. Opisy dróg, wskazówki, zdjęcia. Zobacz wpis na summitpost.
8. Książka w wersji drukowanej pt. A w dole Swanecja. Autor Aleksander Kuzniecow (rosyjski alpinista, fotograf, instruktor, pisarz).
9. Wielka galeria zdjęć z Uszby
- W stronę Uszby
- Światło. Gdzieś tam kryje się skarb
- Dolina rzeki Dolra
- Swanecja. Pagórki u stóp Szchary
- Kaukaz. Gruzja. Swanetia. Uszghuli
- Swanecja jest piękna
- Uszba za chmurami. Bogini Dali się gniewa?
- Uszba. Korona Bogini Dali
- kicia Kocia. Niestety ślepa
- Karolina i Michał
- Elbrus w promieniach zachodzącego słońca
- Elbrus o poranku
- Wielka ściana Uszby
- Szlifowanie charakteru
- Złowroga Uszba. Królestwo bogini Dali
- Północny wierzchołek. Nasza droga
- Uszba o zachodzie słońca
- Gniew natury. Uszba niedostępna
- Uszbijskie plateau i przerażająca ściana
- Usługa prania i suszenia w cenie
- Kutaisi. Trochę jak w dawnej Polsce
- Miasto wciąż śpi
- Kutaisi o poranku
- U stóp Mazeri
- Łukasz i Michał
- Oddalamy się od cywilizacji
- Kwietny sad w Mazeri
- Planujemy kolejny dzień
- Ekipa zwarta i gotowa
- Mazeri. Ostatni bastion cywilizacji
- Praca daje dużo radości
- Rzeka Dolra
- Łąki i hale wysokogórskie
- Dumny symbol Gruzinów
- Ołtarzyk w guesthausie
- Naród silny wiarą
- Mazeri
- Usza Południowa. Kiedyś…
- Mazeri. Na prawo Uszba w chmurach
- Swanecka młodzież
- Bydło w Mazeri. Samopas
- Mazeri, a za nią Uszba w mroku
- Paralotniarz i jej wysokość Uszba
- Próba przejścia na sucho – no prawie
- tuż nad mostkiem znajdziecie pograniczników
- Ostatni ciepły obóz
- Obóz przed lodowcem
- Karolina i Łukasz docierają na plateau
- Kraina kapryśnej Bogini Dali
- Gwiazda na Uszbie
- Uszba zachmurzona
- Rzeka Dolra. Głębiej Trekkers Inn i droga na Uszbę
- Od lewej: Uszba Północna, Uszba Południowa
- Droga do Trekkers Inn
- Uszba w oddali
- Uszba widziana z Mazeri
- Popołudniu trudno to miejsce pokonać
- Niekończący się krajobraz gór
- Królestwo Bogini Dali
- Rosyjska strona. Droga na plateau
- Labirynt mostów i szczelin. Uszba drapieżna
- Zespół Gruzinów w drodze na plateau Ushby
- Środkowe i górne części lodowca Ushby
- Droga jest prosta i oczywista
- Obsiany kamieniami lodowiec Ushby
- Pręży się dominuje krajobraz. Ushba
- W środkowych partiach lodowca Uszby
- Południowo zachodnia ściana Uszby
- Kraina Bogini Dali
- Wciąż zielono, ale wyżej już tylko Mordor
- W dolnych partiach lodowca Uszby
- Tuż przed uszbijskim plateau
- Od lewej: Michał, Karolina, Piotr, Łukasz
- Szczątki obozu, które wędrują wraz z lodem
- Chwilę temu cała w chmurach
- Strona rosyjska. Tędy też można
- Ciepło. Ciężki plecak. Duża wysokość
- Środka część lodowca Uszby
- Grupa Rosjan wspina się na uszbijską poduszkę
- Uszba w promieniach porannego słońca
- w drodze na plateau. W tle Elbrus
- Przygotowania do wyjścia na plateau
- Chwila przerwy. Gorąco!
- Czerń i biel dodaje dramaturgii
- Uszba o zachodzie słońca
- Czerń i biel
- Uszba widziana z obozu przejściowego
- Michał pilnie piłuje
- Lato w górach
- Opalanko na lodowcu
- Wielka Uszba i jej lodowce
- Hotel pod miliardami gwiazdek
- Nasz dom
- Mała Uszba pochwaliła się słońcem
- Mała Uszba i jej gwiazdka
- Obóz Karoliny i Łukasza
- Uszbijskie plateau
- Michał ostrzy narzędzia
- Mazeri skąpane w zachodzącym słońcu
- Piękny zachód słońca
- Zachód słońca na uszbijskim plateau
- Panorama na Elbrus
- Szczelina brzeżna. Bardzo niebezpieczne miejsce
- Górski wieloplan
- Entropia pogody
- Pęknięcie. Linia światła i mroku
- Uszbijska poduszka na linii światła
- Do wierzchołka już blisko
- Na grani przed szczytem
- Michał i Łukasz podczas wspinaczki
- Góry, wszędzie góry
- Łukasz na ścianie Uszby
- Michał. Atak szczytowy
- Łukasz podczas akcji szczytowej
- Mazeri i Elbrus o wschodzie słońca
- Chłopaki na szczycie Uszby
- Pokonana grań
- Na wierzchołku Uszby Północnej
- Kaukaz Centralny. Swanetia. Gruzja
- W ścianie Uszby
- Jeszcze kawałek i będziemy w domu
- Michał w zjeździe
- Michał przy szczelinie brzeżnej
- Obóz Rosjan. Zbliżającej nocy ruszą na wspinanie
- Zachód słońca
- Michał bieży niczym baranek
- Michał otulony całunem
- Uszba północna zdobyta
- Łukasz. Zjazd z Abałakowa
- Ściana Uszby
- Zjazdy na linach
- Zachód słońca, a my w ścianie
- Napotkane stanowisko zjazdowe
- Rosjanie na uszbijskiej poduszce
- Rosjanie przywitali nas bawarką
- Schodzimy w bezpieczne miejsce
- Ostatnie spojrzenie na Uszbę
- Uszba Południowa. Jeszcze tu wrócimy
- Zespół górski
- Już w bezpiecznym miejscu
- Michał na zejściu
- Wielki wodospad uszbijski
- Dolina prowadząca do Mazeri
- W Mazeri
- Pamięci osób
- Byk. Jechać, czy nie jechać
- Kapliczka mocy za tych co zginęli
- Kapliczka mocy. Za tych szto pagibli
- Ikoniczny kadr
- 12 wieczne wieże Ushguli
- Duma Gruzinów
- Kamienne wieże, kamienne domy
- Jaskinia Yetiego
- Jaskinia w oddali
- Kontrast
- Opuszczone domy w Gruzji
- Swanecka wiosna Ushgui
- Panorama na Ushguli
- Sianowóz
- Osiedla w Ushguli
- Zielone doliny i wzgórza Sawaneti
- Najwyżej położona wioska w Europie
- Swaneckie wieże
- Dwunastowieczne wieże obronne
- Piękna grań na trekking
- Głęboka dolina. Ushguli
- Rozległa dolina u podnóża Szchary
- Kaukaz Centralny
- Łąki i hale
- Najczęściej wykonywany kadr w Ushguli
- Wjazd do Ushguli
- Ushguli i Szchara w oddali
- Szchara. Najwyższy szczyt Gruzji
- Nasz Pathfinder
































































































































































































