
Druga historia swaneckiej gościnności. Gruzja
22 października 2026
Swaneckie Świnie. Gruzja
29 października 2026
ALPINIZM | CIOCIA DALI | DOLNA SWANECJA | | GRUZIŃSKA GOŚCINNOŚĆ | GRUZJA | GÓRY WYSOKIE | KAUKAZ | LENTHEKI | OPOWIEŚĆ Z GÓR | OPOWIADANIE | PRZYJAŹŃ W GÓRACH | SWANECJA | SWANECKA GOŚCINNOŚĆ | SWANETIA | TRZECIA HISTORIA SWANECKIEJ GOŚCINNOŚCI. GRUZJA | WSPINACZKA WYSOKOGÓRSKA
1. Ciocia Dali z ulicy Stalina. Gruzińska gościnność
(...) Przyłóż sobie nóż do gardła, gdy chciwie jesz (...)
Blup, blup, blup… bulgotało mi w żołądku. W powietrzu unosił się zapach kwiatów i świeżego jedzenia, który przyprawiał mnie o mdłości. Salomon kiedyś powiedział, że z pełnego potrafi nalać każdy.
Aby móc dawać trzeba mieć, aby mieć trzeba otrzymywać, aby otrzymywać trzeba być otwartym na przyjmowanie, aby być otwartym na przyjmowanie trzeba mieć czyste serce, aby oczyścić serce należy służyć innym. Moje naczynie było wypełnione po brzegi!
Każdy kolejny kęs zbliżał mnie do nieuchronnej klęski. Oczami wyobraźni widziałem jak przelewa mi się przez usta i z ohydnym pluskiem ląduje na suto zastawionym stole. Z pełnego potrafi nalać każdy, nawet ja! Co innego Ciocia Dali. Mieszka w Lentheki (Dolna Swanecja, Gruzja), prowadzi malutki sklep spożywczy, dorywczo zajmuje się pielęgniarstwem, ledwie wiąże koniec z końcem i ochoczo zaprasza do siebie gości z Polski.
Zgarnęła nas z ulicy, gdy piliśmy piwo na schodach jej sklepu – chodźcie do mnie dzieci, dam wam kufle. I nie obraźcie się za dzieci, ale mam córkę w waszym wieku – mówiła, a godzinę później zaprosiła nas na kolację do swojego domu na ulicy Stalina. – Przyjdźcie o zmroku. Przygotuję wam swoje specjały. I przyszliśmy.
Był rok 2008. Młodzi, ufni, naiwni, bez doświadczenia, rzuciliśmy się w wir wielkich gór, które przez tyle lat kształtowały wyniosłą historię polskiego alpinizmu. Z wypiekami na twarzach oglądaliśmy relacje z Kaukazu, marząc o wielkich wspinaczkach, o dziewiczych szczytach, o eksploracji rejonów, do których nie zapuszczają się turyści, a jedynie nieliczni alpiniści. Marzyliśmy, ale mówiąc szczerze, byliśmy wtedy tylko turystami wysokogórskimi bez doświadczenia. A mimo to, przybyliśmy do Gruzji doświadczając kolejnej, już trzeciej historii swaneckiej gościnności.
- Piwo u Cioci Dali. Fot. Maciek Chmielecki
- Ulice Lentheki. Fot. Maciek Chmielecki
- U Cioci w sklepie. Fot. Tomek Mucha
- Fot. Tomek Mucha
2. Osetia Południowa. Inwazja, która trwała latami
– Jak to jest z tą Osetią Południową? – zapytał Tomek, by zyskać na czasie. Grał na zwłokę, świadom, że im dłuższa będzie rozmowa, tym mniejszy sprawimy jej zawód. Jeżeli chcesz obrazić Gruzina bądź Gruzinkę w ich własnym domu, na ich ziemi, to zachowuj się tak jak my!
Ciocia Dali spojrzała na nas swymi dobrotliwymi oczami i załamała ręce. – To tak jakbyś do swojego domu zaprosił gościa… – na chwilę zawiesiła głos. Jej wzrok pomknął gdzieś daleko, w ciemność, która nas otaczała. Był wieczór, gdy zasiedliśmy wraz z jej rodziną do stołu. Blup, blup, blup… głośno zabulgotało mi w żołądku. Zamarłem i niepewnie rozejrzałem się wokół. Czy ktoś to usłyszał? Odetchnąłem z ulgą, gdy ciocia podjęła przerwaną opowieść. – Zapraszasz gościa, przyjmujesz go życzliwie, dajesz mu jeść, pozwalasz u siebie mieszkać, a on pewnego dnia wygania cię z domu i mówi: wynoś się, to wszystko jest teraz moje... – powiedziała – Osetyjczycy kiedyś tu nie mieszkali... ta ziemia nigdy do nich nie należała. – Ciocia Dali miała całkowitą słuszność.
Osetyjczycy wywodzą się od koczowniczego ludu Alanów, który w średniowieczu posiadał swoje państwo Alanię na północ od Kaukazu. W XIII wieku Alanowie zostali rozbici i wyparci przez Mongołów, a ci którzy przeżyli, osiedlili się w górach północnego Kaukazu. Przez kolejne stulecia Osetyjczycy wegetowali na skraju nędzy. Dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku, przy wsparciu Rosjan, zaczęli masowo osiedlać się na równinie wokół Władykaukazu (etym.: władać Kaukazem) i Mozdoku.
Faworyzowani przez carat, a później przez Związek Radziecki, dość szybko utworzyli autonomiczną Osetię Północną. Wciąż jednak słabi i podatni na najazdy barbarzyńców, wielokrotnie zwracali się do Rosji z wnioskiem o przyłączenie ich ziem do imperium, i wreszcie dopięli swego. Wcielenie Osetii Północnej do Rosji przyniosło jej mieszkańcom wiele wymiernych korzyści. Pozwoliło wyjść z wielowiekowej izolacji, rozwinąć własną kulturę i rozpocząć masową kolonizację ziem północnej Gruzji (dzisiejszej Osetii Południowej).
Po zajęciu Gruzji przez Związek Radziecki (w okresie bolszewickiej ekspansji) utworzony został południowoosetyjski obwód, który mimo że wchodził w skład Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pozostawał autonomicznie niezależny. Władze gruzińskiej SRR od samego początku starały się zatrzeć odrębność tych terenów, upatrując w tym ryzyko utraty swoich ziem i stabilności całego państwa.
Niestety, Osetyjczycy na dobre zadomowieni w Gruzji, nie zamierzali się poddawać. W drugiej połowie XX wieku, pod sztandarem haseł Jeden naród – Jedna Republika, osetyjscy intelektualiści zażądali oderwania się od państwa gruzińskiego i przyłączenia do Osetii Północnej pod zwierzchnictwem Moskwy. Reakcją Tbilisi były zmiany kadrowe na najwyższych szczeblach władz w obwodzie, które niestety nie przyniosły pożądanych rezultatów.
Podzielony kraj pogrążył zbrojny konflikt, który swoje apogeum osiągnął w 2008 roku. W wyniku wojny Gruzja straciła kontrolę nad Osetią Południową, a Rosja pod przykrywką łamania praw człowieka przez Gruzinów (jakie to typowe i powtarzalne) zainstalowała w Osetii Południowej zbrojne siły pokojowe – na stałe!
– Osetyjczycy byli zawsze mile widziany w Gruzji – powiedziała Ciocia Dali. – Przychodzili do nas, a my ich przyjmowaliśmy. Prosili o ziemię, a my dawaliśmy im ją w dzierżawę. A gdy wreszcie pobudowali swoje domy, wrócili z rosyjskim karabinem i kazali nam się wynosić – zamilkła i spojrzała na nas swoim matczynym wzrokiem. – Jedzcie, proszę...
- Ciocia Dali w swoim ogrodzie. Fot. Tomek Mucha
- Dom Cioci Dali
- U Cioci Dali w domu. Fot. Maciej Chmielecki
– Zatkać przełyk..., zatkać przełyk..., zatkać przełyk… – powtarzałem w myślach mantrę, gdy Ciocia Dali wyjaśniała nam istotę sporu między Osetią a Gruzją.
Podobno człowiek przez całe swoje życie zjada od trzydziestu do czterdziestu ton żywności, a jeśli ma typową przemianę materii jego nadwaga waha się między 2,5 kg a 5 kg. Typowa przemiana materii nie dotyczy oczywiście Amerykanów. Podobno tylko w samym USA ta nadwaga to dwa miliardy ton tłuszczu!
– Czy jedzenie nie jest dobre? – Zapytała Ciocia. – Nic nie jecie. – Na jej twarzy pojawił się smutek.
- Nie, nie, niee… – poderwaliśmy się na krzesłach jak oparzeni. – Słuchamy, nie wypada jeść w przy takich opowieściach – skłamaliśmy.
Na jej twarzy najpierw odmalowało się lekkie zaskoczenie, a chwilę później pojawiła się matczyna wdzięczność.
– вот молодцы – szepnęła w zadumie Ciocia i serdecznie uśmiechnęła się do nas, gdy sięgnęliśmy do suto zastawionych talerzy.
– Yhmmmmmmm…. Jedzenie jest wyborne – z ciężkimi żołądkami sięgnęliśmy po kolejne porcje wyśmienitych grzybów z farszem. Blup, blup, blup. Wyrafinowana tortura. Spojrzałem na chłopaków. Miny mieli nie tęgie.
– Przepraszam, ale muszę na chwilę iść do namiotu – powiedział niespodziewanie Tomek, po czym wstał i chwiejnym krokiem zniknął w ciemnościach – zazdrościłem mu tej ucieczki. Za sobą mieliśmy już spore ilości wina domowej produkcji. Zresztą, wino które pije się w Gruzji jest wyłącznie domowej roboty.
– Wiecie, ja nie lubię kiedy ludzie się kłócą, a to co się teraz dzieje w Gruzji nie jest dobre – powiedziała Ciocia. – Źle się też czuję, gdy ktoś jest na mnie zły… – zawiesiła głos, po czym zapytała: – dolać wam jeszcze wina? – Kiwnęliśmy głową na znak zgody.
Ciocia i jej córka Gulchina wstały i z pustymi karafkami ruszyły w kierunku domostwa. A my siedzieliśmy przy stole w ogródku i zastanawialiśmy się co zrobić z tą masą jedzenia. Nagle z ciemności wyłonił się uśmiechnięty Tomek.
- W sklepie u cioci. Fot. Tomek Mucha
– Gdzie cię poniosło? – zapytał Maciek.
– Poszedłem w krzaki. Nie mogłem już patrzeć na ciocię – odpowiedział. Blup, blup, blup. W moim żołądku na nowo rozgorzała rewolucja. Przez krótką chwilę wydawało mi się, że lawina zdarzeń właśnie rusza i nie będzie sposobu by ją zatrzymać. Zatkałem usta, beknąłem głośno, po chamsku i nagle uspokoiło się wszystko. Mieszanka chaczapuri, wina, piwa i soków trawiennych bezpiecznie cofnęła się do żołądka.
– Zrobiło mi się jej żal – kontynuował Tomek – więc postanowiłem, że na chwilę pójdę w ciemność, żeby... – tu zawiesił głos, jednocześnie kciukiem i palcem wskazującym ocierając kąciki ust – no więc... poszedłem się zrzygać. Stanąłem w krzakach, wsadziłem dwa palce i opróżniłem solidnie żołądek. Teraz mogę jeść!
Z niedowierzaniem spojrzałem na Tomka. Zawsze odznaczał się niezwykłym wyczuciem taktu i poświęcenia. Małomówny Damian wzruszył tylko ramionami i w wymowny dla siebie sposób rozejrzał się wokół, sprawiając przy tym wrażenie, jakby nie rozpoznawał okolicy, w której znajdował się od kilku godzin. Po chwili zapytał nieprzytomnie: – yyyy... co?
– Nic Damian, nic... jedz, jedz... – Zwróciłem się uspokajająco w stronę Damiana.
– Zuch chłopak – powiedział Maciek, klepiąc Tomka po ramieniu. – Sytuacja jest naprawdę bardzo delikatna. Tyle jedzenia na stole...
Do Lentheki wróciliśmy wczesnym popołudniem. Po tygodniu akcji górskiej w masywie Laili (4008m, Góry Swaneckie) byliśmy spragnieni normalnego jedzenia. Spacerując po ulicach małej mieściny szybko trafiliśmy do sklepu Cioci Dali, w którym wypiliśmy spore ilości piwa, przyjęliśmy zaproszenie na kolację i wypytaliśmy o okoliczne restauracje. Byliśmy niemożebnie głodni. – Jest jedna, tuż za mostem – wskazał nam wówczas drogę stary Swan.
W restauracji spędziliśmy całe popołudnie, pałaszując olbrzymie ilości chaczapuri – przepysznych placków z nadzieniem serowym. Były całkowicie inne od tych wstrętnych liofilizatów. Przez ostatnie dwa tygodnie nasze żołądki przyjmowały na przemian ohydne, kiepsko doprawione liofy i niekończące się porcje paprykarza szczecińskiego, więc trudno było się dziwić, że rzuciliśmy się na prawdziwe jedzenie niczym szakale na padlinę.
Chaczapuri to tradycyjne gruzińskie danie narodowe – placek z ciasta drożdżowego nadziewany serem, występujący w wielu regionalnych odmianach. Placki były nęcące, a nasze żołądki tak spragnione kulinarnych wrażeń, że w restauracji całkowicie straciliśmy poczucie czasu i wszelki umiar w jedzeniu. Gdy jednak wieczorem zmierzaliśmy na ulicę Stalina, zachodziliśmy w głowę, bijąc się przy tym mocno w pierś. Mea culpa, mea culpa!
– Jak to jest możliwe, że wciąż jestem pełny po sam korek?
– Nażarliśmy się jak swaneckie świnie!
– Taaa, niczym zwierzęta…
– O matko, ledwo idę... a Ciocia Dali właśnie szykuje dla nas kolację!
– Ahhh.. miła wieść, gdy wołają jeść!
- Gruzińska gościnność. Fot.Tomek Mucha
3. Gruzińska gościnność to sztuka przyjmowania
Gruzińska gościnność jest swego rodzaju narodową ideologią. Gruzini zapraszają do domu spontanicznie, odruchowo i ze szczerej potrzeby serca, ponieważ każdy gość, który pojawia się na ich drodze, postrzegany jest jako zesłaniec niebios. Zwłaszcza jeżeli jest to gość z zagranicy, którego przyjmowanie jest szczególnie prestiżowe dla gospodarza.
Ta gościnność nie wynika jednak z żadnych partykularnych korzyści, choć czasami trudno oprzeć się takiemu wrażeniu. Ci ludzie przez wieki żyli w odizolowanym i trudnym środowisku. Silne więzi rodzinne, ustalona hierarchia domowa, stare obyczaje, a wśród nich także tragiczna tradycja krwawej zemsty, oraz przekazywane z pokolenia na pokolenie sposoby myślenia pomagały im przetrwać.
Dla Gruzina świat kończył się tam, dokąd można było dojechać konno, a jeśli ktoś przybywał z daleka, często potrzebował pomocy. Nie odmawiano mu jej, bowiem każdy mógł kiedyś znaleźć się w podobnym położeniu. Gruzini sami wielokrotnie korzystali z pomocy innych, więc wiedzieli, jak wiele może ona znaczyć. Myślę, że takie doświadczenia mocno ukształtowały ich charakter i stosunek do przybysza.
Trzeba jednak pamiętać, że Swanecja (szczególnie Górna Swanecja) przez stulecia była narażona na najazdy obcych sił, przed którymi jej mieszkańcy zaciekle się bronili. Ta długa historia walki o przetrwanie mogła z kolei rodzić nieufność wobec obcych. Gościnność i ostrożność nie musiały się zresztą wykluczać. Można było otworzyć przed kimś drzwi własnego domu, a jednocześnie zachować rezerwę wobec świata, który zaczynał się tuż za jego progiem.
Spędzając tyle czasu w Gruzji, właściwie nie odczuwaliśmy tej rezerwy. Choć trzeba przyznać, że jeszcze tego samego dnia, na kilka godzin przed wizytą u Cioci Dali, podczas zwykłego spaceru zostaliśmy obrzuceni kamieniami przez grupkę dzieciaków. Czy był to wyłącznie żart?
- Młodzi Gruzini i Gruzinka w Lentheki
- Nasza wyprawa była sponsorowana
Salomon mawiał: kto trzyma się przepisów, jest rozumnym synem, lecz kto obcuje z żarłokami, przynosi ojcu hańbę. Będąc w Gruzji należy pamiętać, że w gości zawsze przychodzi się głodnym, ponieważ stół jest pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym pretekstem, okazją żeby uczcić życie, a nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest grzechem – wobec Boga i wobec Gruzina.
Nie chodzi wyłącznie o obżarstwo podczas biesiady. Ryszard Kapuściński kiedyś napisał coś równie mądrego: Gruzini nigdy nie byli koczownikami (…) Pędzili życie osiadłe, zamknięci w swoich mikroświatach, często nie większych niż jedna dolina. Granica tej doliny – zawsze górzysta – mogła być dawniej dla Gruzina granicą ziemi (...), a odbieranie tej ziemi w imię niezaspokojonego apetytu na władzę i posiadanie, jest najpodlejszym sposobem gwałcenia ich gościnności. Nie ma jednak większej zniewagi dla Gruzina, od tej przy jego stole.
W tradycyjnej kulturze gruzińskiej gościnność to coś więcej niż nakryty stół i poczęstunek. To sposób okazywania życzliwości, szacunku i troski o drugiego człowieka – Ciocia Dali traktowała nas jak swoje dzieci, mimo że byliśmy dla niej całkowicie obcymi, młodymi ludźmi z zachodu. Dlatego odrzucenie gościnności, zwłaszcza tej przygotowanej z sercem i zaangażowaniem, na pewno mogłoby sprawić jej wiele przykrości.
Dla nas ta sytuacja była jedynie konsekwencją niepohamowanego łakomstwa i braku ogłady, ale dla niej oznaczyło to o wiele więcej. Nie zamierzaliśmy jej urazić, jednak nasza niefrasobliwość sprawiła jej na pewno przykrość. Chociaż tego nadmiernie nie okazywała, dało się jednak wyczuć, że nie tego oczekiwała od swoich gości. Dopiero później, znacząco później zrozumieliśmy, że przyjmowanie gościnności wymaga czegoś więcej niż samej obecności przy stole. Wymaga również wrażliwości na uczucia gospodarza.
– Yhmmm… mogę teraz jeść... pyszne chaczapuri – delektował się Tomek. Ciocia Dali uśmiechnęła się, a my byliśmy mu wdzięczni za ten akt pełen heroizmu. Mówi się, że szczerość jest lepsza od nieszczerości, ale do niej trzeba mieć odrobinę odwagi. Zamroczeni alkoholem, przejedzeni ponad miarę, zamiast powiedzieć prawdę, kombinowaliśmy jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. Niepotrzebnie. Ciocia Dali zrozumiałaby i na pewno uśmiechnęłaby się mówiąc: – Dzieci, nic się nie stało.
Gdy żegnaliśmy się z nią było nam przykro, że suto zastawiony stół, zostawiamy suto zastawiony.
– Odwiedzicie nas jeszcze? – Zapytała Ciocia na nasze odchodne.
– Tak, jeżeli tylko wrócimy do Gruzji, na pewno odwiedzimy Lentheki – odpowiedzieliśmy chórem, a ja po chwili dodałem w myślach: – Jesteśmy do tego zobligowani!
- Mieszkańcy Lentheki. Fot. Maciek Chmielecki
– Zachowaliśmy się jak świnie – powiedział stanowczo Tomek.
Było już kompletnie ciemno. Szliśmy chwiejnym krokiem w stronę naszego namiotu, rozbitego na tyłach posterunku policji w Lentekhi. Niby nie było daleko, ale jakoś nie było nam spieszno. Każdy krok zdawał się cięższy od poprzedniego, jakbyśmy nieśli na swoich barkach ogromny ciężar własnych win. Po opadach deszczu błotnista ziemia z łatwością utrwalała ślady naszych stóp. Kiedy spojrzałem w tył zobaczyłem ciągnący się za nami szlak coraz głębszych odcisków butów. Pomyślałem sobie wtedy, że z naszym poczuciem winy jest podobnie. Im dalej jesteśmy, tym ciężej będzie nam przeprosić.
– Tyle jedzenia, tyle gościnności, a my ledwie co... – ciągnął Tomek. – Przecież było widać, aż nadto, że coś jest nie tak.
– Myślisz, że ciocia Dali poczuła się urażona? – Zapytałem.
– A ty byś się nie poczuł?
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że ma rację. Najgorsze było to, że nie zrobiliśmy tego ze złej woli, a jednak nie mieliśmy odwagi się do tego przyznać.
– Tak... gdyby nie Tomek i jego heroiczny ruch, nic poza winem nie zniknęło by ze stołu – odezwał się Maciek. – Widzieliście jak Ciocia się uradowała, gdy Tomek sięgnął po marynowane grzybki?
– Yhmm.. tak, sprawiło jej to radość – odpowiedział Tomek. I gdy wydawało się, że nikt z nas już nic więcej nie powie, z katatonii nagle wybudził się Damian.
– To co? Idziemy coś zjeść?
- Panie napotkane przy sklepie Cioci Dali
4. Zanim minie czas
W Gruzji byłem jeszcze dwukrotnie – w 2015 i 2023 roku. Mimo że po tamtym wieczorze obiecywałem sobie, że kiedyś wrócę do Lentekhi i odwiedzę ciocię Dali, nigdy tego nie zrobiłem. Był nawet czas, gdy utrzymywałem kontakt z jej córką, Gulchiną. Za każdym razem, gdy zauważyła na Facebooku, że znów jestem w Gruzji, zapraszała mnie do Lentekhi. A ja? Odkładałem to na później, aż w końcu myślami byłem już zupełnie gdzie indziej.
Dziś żałuję, że nie skorzystałem z tych zaproszeń. Nie wiem nawet, czy miałbym jeszcze okazję usiąść z Ciocią Dali przy jednym stole. Niektóre sprawy wydają się nam wiecznie aktualne, dopóki nie okaże się, że czas na ich załatwienie dawno minął.
Gdybym teraz mógł usiąść z Ciocią przy jednym stole, łamanym rosyjskim dokładnie opowiedziałbym jej raz jeszcze naszą historię. Tym razem niczego nie pominąłbym. Wytłumaczyłbym jej, dlaczego wtedy tak niewiele zjedliśmy z jej stołu, i gorąco za to przeprosiłbym. Mam jednak nadzieję i obiecuję sobie, że gdy opublikuję ten tekst, odszukam Gulchinę wśród znajomych na Facebooku i prześlę jej to opowiadanie.
Mam nadzieję, że ciocia Dali również będzie mogła przeczytać tę opowieść i zrozumie, że dała nam wtedy wszystko to, co miało dla nas największą wartość – swoją gruzińską gościnność, życzliwość i matczyne serce.
5. Kilka słów wyjaśnienia na rok 2026
Większość opowieści z Gruzji pochodzi z okolic roku 2008 roku, gdy z grupą przyjaciół (Damian, Maciek i Tomek) wybraliśmy się na długą wyprawę do Gruzji. Celem naszego wyjazdu, który trwał przeszło miesiąc, było wejście na najwyższy szczyt Gór Swaneckich, Laila Lekheli 4007 m, a później przetransportowanie się na północno wschodnie rubieże kraju, pod Kazbek. Na tej wyprawie osiągnęliśmy oba cele, tj. wspięliśmy się na Lailę, a potem udało nam się wspiąć również na Kazbek (5054 m.).
Podczas długiej podróży zwiedzaliśmy kraj. Na swojej drodze napotkaliśmy wielu wspaniałych Gruzinów, którzy nie szczędzili nam swojej opieki. Biesiadowaliśmy, uczyliśmy się toastów, prawie strzelaliśmy z kałacha, słowem, czerpaliśmy z gruzińskiej i swaneckiej gościnności tyle, ile byliśmy wstanie unieść na swoich barkach, i tyle, ile byliśmy wstanie zapamiętać.
Podczas podróży prowadziłem mini bloga dla naszych sponsorów i patronów medialnych, a już po wyprawie, kontynuowałem pisarstwo na prośbę Damiana. Damian wówczas kooperował z kilkoma firmami i namówił mnie na wzięcie udziału w konkursie na najlepszy blog outdoorowy. Nagrodą główną w tym konkursie był przyzwoity zestaw odzieży do alpinizmu marki The North Face.
Przez kolejne pół roku opisywałem nasze przygody, a gdy doszło do rozstrzygnięcia konkursu, zdobyłem nagrodę główną. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie i muszę otwarcie przyznać, że dzięki tym ciuchom (kurtka i spodnie hardszelowe) moja długoletnia działalność górska i wysokogórska mocno rozkwitła.
Teraz w 2026 roku wróciłem do tych opowieści. Troszkę bardziej doświadczony, z lepszym warsztatem pisarskim, odtwarzam te opowieści na nowo. Nie dokonuję w nich dużych zmian. Raczej dookreślam, dopowiadam, systematyzuję, wreszcie, naprawiam konstrukcję językową, ale sens, zdania, a nawet całe akapity często pozostają bez zmian. Jest to zatem mój powrót do przeszłości i zarazem bilet do przyszłości, bowiem do Gruzji jeszcze wrócę i nie będzie to odległa przyszłość. W zasadzie, do Gruzji już wróciłem, bowiem po wielu latach znalazłem się u stóp majestatycznej Uszby i w trakcie wspinaczki osiągnąłem północny wierzchołek (rok 2023).
Poniżej wrzucam wam linki do moich opowieści z Gruzji, zarówno do tych starych z konkursu i pokonkursowych, jak i do tych nowych, które uczyniłem względnie niedawno. Na blogu kolejne opowieści będą się systematycznie pojawiać, dlatego lista poniżej będzie rosła.
- Uszba Północna, wyprawa wspinaczkowa w 2023 roku zakończona sukcesem na szczycie.
- Uszba, Wilczyca Kaukazu.
- Niech zatańczy Uszba, moja narzeczona. Artykuł niemalże sprzed dwóch dekad.
- Wspaniała gruzińska droga. Opowieść z niebezpiecznej podróży niezawodną ładą Niwą.
- Pierwszy historia swaneckiej gościnności.
- Druga historia swaneckiej gościnności.
- Zwycięstwo. Czas w góry!
6. Wielka galeria zdjęć
- Na zapleczu posterunku Policji w Lentheki
- Nasza wyprawa była sponsorowana
- Młodzi Gruzini i Gruzinka w Lentheki
- Dom Cioci Dali
- U Cioci Dali w domu. Fot. Maciej Chmielecki
- Piwo u Cioci Dali. Fot. Maciek Chmielecki
- Ulice Lentheki. Fot. Maciek Chmielecki
- Panie napotkane przy sklepie Cioci Dali
- Sklep u Cioci Dali. Mieszkanki Lentheki
- Mieszkańcy Lentheki. Fot. Maciek Chmielecki
- Gruzińska gościnność. Fot. Maciek Chmielecki
- Ciocia Dali w swoim ogrodzie. Fot. Tomek Mucha
- U Cioci w sklepie. Fot. Tomek Mucha
- Fot. Tomek Mucha
- Gruzińska gościnność. Fot.Tomek Mucha
- W gościnie. Fot. Tomek Mucha
- W sklepie u cioci. Fot. Tomek Mucha
- Ołtarzyk spotkany w innym miejscu. Fot. Tomek Mucha























