
5700 kroków. Ortler Nordwand
20 października 2026
Trzecia historia swaneckiej gościnności. Gruzja
26 października 2026
ALPINIZM | DRUGA HISTORIA SWANECKIEJ GOŚCINNOŚCI. GRUZJA | GRUZIŃSKA GOŚCINNOŚĆ | GRUZJA | GÓRY WYSOKIE | KAUKAZ | OPOWIEŚĆ Z GÓR | OPOWIADANIE | PRZYJAŹŃ W GÓRACH | SWANECJA | SWANECKA GOŚCINNOŚĆ | SWANETIA | WSPINACZKA WYSOKOGÓRSKA
1. Gruzińska gościnność. Swanecka gościnność
– Nie panimaju... – wyrzuciłem z siebie.
– Szto?
– Ja nie panimaju.
– Kak… – zawahał się – …ty nie panimajesz?
– Da, ja nieznaju – pokiwałem głową, by za chwilę już do siebie bąknąć pod nosem – kur.. nic z tej gruzińskiej gościnności nie rozumiem.
– Szto?
– Nie panimaju...
– Daaa...
Nastała Cisza. Patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, ważąc każde słowo. Na ich twarzach kumulowały się emocje. Mówili coś, ale kompletnie przestałem rozumieć, o co chodzi. W końcu zaczęli się śmiać.
– Hahaha, ty nie panimajesz? Hahaha, ty nie paniiiiiiimaaaaaajesz!
– Da, hehehe, ja nie panimaju, kompletnie… kurwa – radośnie odpowiedziałem i zacząłem się śmiać.
Śmiałem się długo, histerycznie, głupkowato, bo jak to możliwe, że nagle przestałem rozumieć? Dziwne. Chociaż to może nie jest dziwne. Moja znajomość rosyjskiego zawsze kulała. Niby miałem go na studiach, niby poznałem cyrylicę, ale jakoś nigdy nie przykładałem się do nauki. Nauczycielka Pani Gajda mówiła: Piotr, ucz się, bo będziesz później za to płacił. Nie uczyłem się, teraz za to płacę, ale i tak niewiele rozumiem, a w tej chwili szczególnie. No właśnie, nie znam dobrze rosyjskiego, ale w normalnej sytuacji trochę go rozumiem. Łapię pojedyncze słówka, obserwuje mimikę rozmówcy, wyłapuję kontekst i dopasowuję do sytuacji.
– Nieee paniiiiimmaaaajesz… hahah… khkhgrrrr… – zakrztusił się dymem i zaczął kaszleć.
Rozejrzałem się wkoło. Byliśmy w stodole, szopie lub w jakimś bliżej nieokreślonym pomieszczeniu gospodarczym. Panował półmrok. Jedynym źródłem światła była zapalniczka. Rzucała długie cienie, które pląsały na ich twarzach. Z niekłamanym zachwytem oglądałem spektakl świateł i cieni. Z czupryny na nos, z nosa na ucho, z ucha na dłoń, z dłoni na butelkę. Ciemność pulsowała. Otaczające nas szafki, stoliki, krzesła i inne przedmioty zdawały się poruszać w takt syczącej zapalniczki. Syt, syt, syt. To była już druga historia swaneckiej gościnności. Gruzja jest piękna... chyba.
Temo coś mówił, ale słowa docierały do mnie z tak znacznym opóźnieniem, że gdy zaczynał kolejne zdanie, tamto wciąż dudniło w mojej głowie. Traciłem kontakt z rzeczywistością. Czułem się tak, jakby ktoś wpompował mnie do samego siebie, i ta moja powłoka okazała się nazbyt obszerna. Byłem zamkniętą w sobie matrioszką, w której to głos grzązł, echem odbijał się od tej większej i wielokrotnie powracał, tam i z powrotem.
Taki stan przychodzi niespodziewanie, z zaskoczenia. Jest jak uderzenie obuchem w łeb, a chwilę potem człowiek ulega zawieszeniu. Absorbuje go wszystko. Mucha na łajnie, politycy na ambonie, uciążliwy pisk w uszach. Inny stan postrzegania. Siedziałem z nimi w szopie i przez uchylone wrota obserwowałem suto zastawiony stół. Chłopaki wznosili toasty, rozlewali hektolitry czaczy, czyli gruzińskiego bimbru, lało się również doskonałe swaneckie wino, a my w ciemnościach paliliśmy... bongo! Byliśmy na gruzińskim haju.
- Od lewej Temo i Gruzin z napotkanej rodziny
- Czeszki. Od prawej: Tomek, Damian, Maciek
Do Tsany w Dolnej Swanecji dotarliśmy pod wieczór. Była kolejnym przystankiem w naszej długiej podróży po tej krainie. Wędrowaliśmy z zachodu na wschód omijając rozległe pasmo Gór Swaneckich. które zresztą odwiedziliśmy wcześniej wspinając się na najwyższy szczyt o nazwie Laila Lekheli 4007 m. Punktem docelowym była wioska Ushguli (Uszguli) w Górnej Swanecji, z której to widać Szcharę, najwyższy szczyt Gruzji. Policjanci w Lentheki powiedzieli nam, że nikogo tu nie będzie, bo Tsana to opuszczona miejscowość. Tymczasem na skraju wsi przywitał nas koń. I wydawało się, że to jedyne obce oczy, jakie spojrzą na nas w okolicznych domach.
Szybko jednak natknęliśmy się na gruzińską rodzinę w początkowym stadium imprezy – jeszcze byli trzeźwi. Przyjechali do Tsany z Tbilisi, żeby odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Piknik rodzinny na ojcowiźnie – mówili później.
– Gamar dżobat! – Przywitali nas radośnie.
– Gaumardżos – odpowiedzieliśmy starym gruzińskim toastem, który oznacza po polsku "na zdrowie", a w dosłownym znaczeniu może być też traktowany jako życzenie zwycięstwa – a więc życzę Ci zwycięstwa. To ważny zwrot, bowiem kultura przy stole, nawet jeżeli zdarzy się bijatyka wśród pijanych Swanów, jest najważniejsza. Szacunek okazuje się właśnie w takich momentach. Wtedy tego nie wiedzieliśmy, ale ten nasz zwrot był również zapytaniem, czy możemy się dołączyć.
Przywitaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni, a oni zaprowadzili nas do sąsiedniego domu. Tu mieszka Wilk, ostatni człowiek w Tsanie i tu będziecie spać. Rozgościcie się, a potem przyjdźcie do stołu – powiedzieli.
Wilk to wysoki, szczupły mężczyzna w średnim wieku o niespokojnym spojrzeniu, któremu nigdy nie przeszkadzała samotność. Gdy inni mieszkańcy wsi emigrowali za chlebem do Tbilisi, on i jego matka uparcie tkwili w Tsanie.
– To nasza ziemia. Dlaczego miałbym stąd wyjeżdżać? – mówił. – Mam tu wszystko – zataczał ręką łuk pokazując wszystko. – Żyje się ciężko, ale można do tego przywyknąć. Jestem gospodarzem tego miejsca, ostatnim człowiekiem w Tsanie, który żyje tu na stałe.
Wilk i Temo skonstruowali bongo w bardzo prosty sposób. Na szyjkę plastikowej butelki nałożyli złotko wyrwane z paczki po papierosach. Tak utworzoną membranę podziurawili i na niej złożyli ziele. Następnie, tlącym się papierosem wypalili w dnie butelki dziurę, przez którą wciągali chmury słodkiego dymu. Butelka przechodziła z ręki do ręki. Początkowo wzbraniałem się, bo połączenie mocnego gruzińskiego alkoholu z zielskiem potrafi być zabójcze, ale gościnność jest gościnnością – nie powinno się odmawiać Gruzinowi. A ja nie byłem asertywny.
- Rozwalający się budynek w Tsanie. Fot. Maciej Chmielecki
- Tsana
- Opuszczone domostwo. Tsana
- Stara szkoła. Fot. Tomek Mucha
– Ty jesteś moim gościem – poklepał mnie po ramieniu. – Rozumiesz? Przecząco pokręciłem głową.
– Tobie nie może spaść włos z głowy – kontynuował. – Żyje tu trochę ludzi gotowych zrobić Wam krzywdę dla pieniędzy, ale oni są bez honoru. Bo gruzińska gościnność to kwestia honoru. Rozumiesz? Prawdziwy Gruzin szanuje gościa i zrobi wszystko, żebyś czuł się bezpiecznie. – Zamilkł, spojrzał w stronę stołu, po czym pociągnął mnie za ramię. – Matka poszła już spać. Chodź, idziemy do stołu.
Ruszyliśmy chwiejnym krokiem. Ziele buszowało w moim umyśle. Każda część mojego ciała poruszała się samodzielnie, jakby w oderwaniu od całości. Czułem się niespójny i rozczłonkowany. Szedłem do stołu, a jednocześnie rozbiegałem się spontanicznie we wszystkich kierunkach. Nie panowałem nad ciałem, a ono uwolnione spod władzy umysłu, hasało po całym podwórku. Każda część ciała chciała robić swoje i zapewne rozpadłbym się na części, gdyby nie Temo – był niczym woźnica, a może bardziej niczym dyszel w rozdygotanym wozie, spajał mnie w całość, w spójność, prowadził. Uwieszony na moim ramieniu, w zasadzie, potężnie otaczając moją szyję wielkim bicepsem, holował w stronę uczty.
Gdy wreszcie zbliżyliśmy się do biesiadnego stołu, Tomek właśnie wznosił toast, a Damian, który w ogóle nie pije, chwiał się na boki mocno zamroczony alkoholem.
– Za Gruzję… za przyjaciół… za Swanecję… za tych, co poginęli... – toasty sypały się z prędkością karabinu. Hana i Sara, również nadwątlone alkoholem zaczęły śpiewać: Jozin z Bazin dostał se nagane, a Maciek rozparty w futrynie drzwi, świdrował mnie uważnie wzrokiem.
– Masz oczka jak szparki – powiedział, po czym złączył palec wskazujący z kciukiem, żeby podkreślić wagę słów. – Takieee tyyyci, tyyyci… ykhm... – czknął niespodziewanie.
Wszyscy mieliśmy ostro w czubie. Alkohol lał się strumieniami, dziewczyny śpiewały czeskie piosenki, Damian nieprzytomnie obejmował słup ganku coś do niego szepcząc, Maciek rozparty w futrynie, od czasu do czasu przysypiał to wybudzał się gwałtownie, gdy grawitacja ciągnęła go w dół, a ja z ramieniem zarzuconym na Temo, a on na moim, jak bracia niedoli, przysłuchiwałem się jego niezrozumiałym tyradom. Brakowało tylko jeszcze dźwięku kanonad dalekiej artylerii i bylibyśmy kompanią braci.
– Jesteście gośćmi, a gość w Gruzji to świętość – mówił. – Jeżeli Gruzin zaprosi do domu gościa, to znaczy, że jest to jego gość. Jeżeli jednak ktoś taki jak wy zatrzyma się przed moim domem, to znaczy, że sam Bóg was przysłał – przeżegnał się prawą ręką – a z Bogiem się nie dyskutuje.
– Daaa... – kiwałem głową ledwo przytomnie. Na chwilę zapadła cisza. Było słychać tylko cykady i szum potoku. Miałem wrażenie, że jestem na wielkiej sali, otoczony widzami, którzy szepcząc i delikatnie szeleszcząc ubraniami, czekają na rozpoczęcie wielkiego spektaklu.
– Ty panimajesz? – zwrócił się nagle do mnie.
– Niieet... daa... – odpowiedziałem po chwili, a on znów zaczął się śmiać. – Ty haroszyj, niczewo nie panimajesz, ale ty haroszyj – objął mnie i potrząsnął ramieniem wielkim jak topola. – Pij.
Gruzini są jak szlachta polska. Lubią wypić i piją na potęgę, toastami obdarowują cały świat, a w szczególności polaków, są dobroduszni, ciepli i tak gościnni, że na początku może to wprowadzać w zakłopotanie. Z czasem jednak człowiek przyzwyczaja się do tego i przestaje go to dziwić. Długo po tym wydarzeniu, gdy już w wracaliśmy do kraju Tomek miał okazję wypowiedzieć znamienne słowa: – Obawiam się, że mój instynkt samozachowawczy zanikł. W Gruzji spotykaliśmy się z taką wielką życzliwością i otwartością, że tego samego będę oczekiwał w Polsce. Ja wiem, że to nie jest możliwe, i dlatego boję się, że ktoś może to wykorzystać. Naiwna ufność? Tak, w Gruzji nabawiłem się ufności graniczącej z naiwnością. Taka jest właśnie Gruzja.
– Koniec biesiady – powiedział nagle Temo. Osłupieliśmy. Po sekundzie spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem. Koniec imprezy?
– Późno już. idziemy spać. Panimajesz? – trącił mnie w ramię. Spojrzałem na niego półprzytomnie. – Ty panimajesz – powiedział stanowczo, po czym złapał mnie pod ramię i zaczął ciągnąć do pokoju. Stawiałem lekki opór, ale był on bezcelowy. Temo był niczym bawół, albo gruziński koń. Niski, krępy, nabity od ciężkiej pracy, niemożebnie silny. Szarpnął mnie za ramię, następnie objął i zacząć ciągnąć do ciemnego domu. Widać, koniec imprezy to prawdziwy koniec.
W Polsce impreza raz rozpoczęta ciągnie się aż do skutku. Albo wszyscy padają, albo kończy się alkohol. Gdy kończy się alkohol na polskiej imprezie zazwyczaj idzie się po kolejne zasoby, ale w Gruzji jest inaczej. Tu rządzi Tamada, najstarszy przy stole, albo najbardziej doświadczony. Lider, wodzirej, mistrz stołu, ale nie byle jaki – chlup w ten głupi dziób to domena prostaków, a w Gruzji to nie do pomyślenia. Temo choć nie najstarszy, wydawał się być stworzony do tej roli. To on wiódł prym w szopie z bongo i czaczą przy stole, i chociaż alkoholu było jeszcze naprawdę dużo, zarządził definitywny koniec imprezy. I nie było dyskusji.
2. Kapitan tonącego statku
Położono mnie na miękkim łóżku. Po dwóch tygodniach spania w namiocie z kamieniem pod głową, ten luksus wydawał się być dla mnie szczytem marzeń. Jednak gdy tylko przymknąłem powieki, rozszalała się burza. Łóżko zafalowało. Zaczęło kołysać łajbą i zamiast być w górach Swanecji, znalazłem się na samym środku szalejącego żywiołu.
Robiłem wszystko, żeby utrzymać się na powierzchni. Zwieszałem głowę za krawędź i przeciągle stękałem w alkoholowej agonii, siadałem w pozycji embrionalnej, tuliłem się do chłodnej ściany – bezskutecznie. Z trudem złapałem zakręt, gdy na pełnej prędkości wyskoczyłem na korytarz. Do drzwi wejściowych dzieliło mnie tylko kilka metrów, gdy właśnie rozpoczynała się moja przemowa. Dłońmi wstrzymałem głos na tyle długo, by móc bezpiecznie opuścić domostwo. W końcu nieartykułowana tyrada trysnęła na zielony trawnik podwórka. Zwiesiłem się na drewnianej balustradzie schodów i rozpocząłem swoją przemowę.
Na niebie migotały gwiazdy, a ja wciąż przemawiałem – długo, soczyście, żołądkowo i do samego rana. Wreszcie byłem gwiazdą tego wieczoru! Przemawiałem bez żadnego skrępowania, bez jakiejkolwiek tremy, a cykady w milczeniu chłonęły moją opowieść o drugiej swaneckiej gościnności.
- Fot. Tomek Mucha
- Moje kapitańskie łóżko. Fot. Tomek Mucha
3. Kilka słów wyjaśnienia na rok 2026
Większość opowieści z Gruzji pochodzi z okolic roku 2008 roku, gdy z grupą przyjaciół (Damian, Maciek i Tomek) wybraliśmy się na długą wyprawę do Gruzji. Celem naszego wyjazdu, który trwał przeszło miesiąc, było wejście na najwyższy szczyt Gór Swaneckich, Laila Lekheli 4007 m, a później przetransportowanie się na północno wschodnie rubieże kraju, pod Kazbek. Na tej wyprawie osiągnęliśmy oba cele, tj. wspięliśmy się na Lailę, a potem udało nam się wspiąć również na Kazbek (5054 m.).
Podczas długiej podróży zwiedzaliśmy kraj. Na swojej drodze napotkaliśmy wielu wspaniałych Gruzinów, którzy nie szczędzili nam swojej opieki. Biesiadowaliśmy, uczyliśmy się toastów, prawie strzelaliśmy z kałacha, słowem, czerpaliśmy z gruzińskiej i swaneckiej gościnności tyle, ile byliśmy wstanie unieść na swoich barkach, i tyle, ile byliśmy wstanie zapamiętać.
Podczas podróży prowadziłem mini bloga dla naszych sponsorów i patronów medialnych, a już po wyprawie, kontynuowałem pisarstwo na prośbę Damiana. Damian wówczas kooperował z kilkoma firmami i namówił mnie na wzięcie udziału w konkursie na najlepszy blog outdoorowy. Nagrodą główną w tym konkursie był przyzwoity zestaw odzieży do alpinizmu marki The North Face.
Przez kolejne pół roku opisywałem nasze przygody, a gdy doszło do rozstrzygnięcia konkursu, zdobyłem nagrodę główną. Było to dla mnie wielkie wyróżnienie i muszę otwarcie przyznać, że dzięki tym ciuchom (kurtka i spodnie hardszelowe) moja długoletnia działalność górska i wysokogórska mocno rozkwitła.
Teraz w 2026 roku wróciłem do tych opowieści. Troszkę bardziej doświadczony, z lepszym warsztatem pisarskim, odtwarzam te opowieści na nowo. Nie dokonuję w nich dużych zmian. Raczej dookreślam, dopowiadam, systematyzuję, wreszcie, naprawiam konstrukcję językową, ale sens, zdania, a nawet całe akapity często pozostają bez zmian. Jest to zatem mój powrót do przeszłości i zarazem bilet do przyszłości, bowiem do Gruzji jeszcze wrócę i nie będzie to odległa przyszłość. W zasadzie, do Gruzji już wróciłem, bowiem po wielu latach znalazłem się u stóp majestatycznej Uszby i w trakcie wspinaczki osiągnąłem północny wierzchołek (rok 2023).
Poniżej wrzucam wam linki do moich opowieści z Gruzji, zarówno do tych starych z konkursu i pokonkursowych, jak i do tych nowych, które uczyniłem względnie niedawno. Na blogu kolejne opowieści będą się systematycznie pojawiać, dlatego lista poniżej będzie rosła.
- Uszba Północna, wyprawa wspinaczkowa w 2023 roku zakończona sukcesem na szczycie.
- Uszba, Wilczyca Kaukazu.
- Niech zatańczy Uszba, moja narzeczona. Artykuł niemalże sprzed dwóch dekad.
- Wspaniała gruzińska droga. Opowieść z niebezpiecznej podróży niezawodną ładą Niwą.
- Pierwszy historia swaneckiej gościnności.
- Zwycięstwo. Czas w góry!
4. Wielka galeria zdjęć
- Rozwalający się budynek w Tsanie. Fot. Maciej Chmielecki
- Tsana
- Opuszczone domostwo. Tsana
- Stara szkoła. Fot. Tomek Mucha
- Opuszczony budynek w okolicach Tsany
- Od lewej Temo i Gruzin z napotkanej rodziny
- Czeszki. Od prawej: Tomek, Damian, Maciek
- Zwycięstwo. Czas w góry!
- We wnętrzu opuszczonej cerkwii
- Fot. Tomek Mucha
- Moje kapitańskie łóżko. Fot. Tomek Mucha
















