Menu

Trzecia historia swaneckiej gościnności

„I przyłóż sobie nóż do gardła, gdy chciwie jesz”. Blup, blup, blup… bulgotało mi w żołądku. W powietrzu unosił się zapach kwiatów i świeżego jedzenia, który przyprawiał mnie o mdłości. Salomon kiedyś powiedział, że z pełnego potrafi nalać każdy. Aby móc dawać trzeba mieć, aby mieć trzeba otrzymywać, aby otrzymywać trzeba być otwartym na przyjmowanie, aby być otwartym trzeba mieć czyste serce, aby oczyścić serce należy służyć innym. A moje naczynie było wypełnione po brzegi!

Każdy kolejny kęs zbliżał mnie do nieuchronnej klęski. Oczami wyobraźni widziałem jak przelewa mi się przez usta i z ohydnym pluskiem ląduje na suto zastawionym stole. Z pełnego potrafi nalać każdy, nawet ja! Co innego Ciocia Dali. Mieszka w Lentheki (Swanetia. Gruzja), prowadzi malutki sklep spożywczy, dorywczo zajmuje się pielęgniarstwem, ledwie wiąże koniec z końcem i ochoczo zaprasza do siebie gości z Polski. Zgarnęła nas z ulicy, gdy piliśmy piwo na schodach jej sklepu - chodźcie do mnie dzieci, dam wam kufle. I nie obraźcie się za „dzieci”, ale mam córkę w waszym wieku – mówiła, a godzinę później zaprosiła nas na kolację do swojego domu na ulicy Stalina. – Przyjdźcie o zmroku. Przygotuję wam swoje specjały. I przyszliśmy.  

 - jak to jest z tą Osetią Południową? – zapytał Tomek, by zyskać na czasie. Grał na zwłokę, świadom, że im dłuższa będzie rozmowa, tym mniejszy sprawimy jej zawód. Ciocia Dali spojrzała na nas swymi dobrotliwymi oczami i załamała ręce.
- To tak jakbyś do swojego domu zaprosił gościa… – na chwilę zawiesiła głos. Blup, blup, blup… głośno zabulgotało mi w żołądku. Rozejrzałem się niepewnie. Odetchnąłem z ulgą, gdy Ciocia zaczęła dalej mówić. – Zapraszasz gościa, przyjmujesz go życzliwie, dajesz mu jeść, pozwalasz u siebie mieszkać, a on pewnego dnia wygania cię z domu i mówi: wynoś się, to wszystko jest teraz moje. A przecież Osetyjczycy kiedyś tu nie mieszkali... – Miała rację.

Osetyjczycy wywodzą się od koczowniczego ludu Alanów, który w średniowieczu posiadał swoje państwo Alanię na północ od Kaukazu. W XIII wieku Alanowie zostali rozbici i wyparci przez Mongołów, a ci którzy przeżyli, osiedlili się w górach północnego Kaukazu. Przez kolejne stulecia Osetyjczycy wegetowali na skraju nędzy. Dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku, przy wsparciu Rosjan, zaczęli masowo osiedlać się na równinie wokół Władykaukazu (etym.: władać Kaukazem) i Mozdoku. Faworyzowani przez carat, a później przez Związek Radziecki, dość szybko utworzyli autonomiczną Osetię Północną. Wciąż jednak słabi i podatni na najazdy barbarzyńców, wielokrotnie zwracali się do Rosji z wnioskiem o przyłączenie ich ziem do imperium, i wreszcie dopięli swego. Wcielenie Osetii Północnej do Rosji przyniosło jej mieszkańcom wiele wymiernych korzyści. Pozwoliło wyjść z wielowiekowej izolacji, rozwinąć własną kulturę i rozpocząć masową kolonizację ziem północnej Gruzji (dzisiejsza Osetia Południowa).

Po zajęciu Gruzji przez Związek Radziecki (w okresie bolszewickiej ekspansji) utworzony został południowoosetyjski obwód, który mimo że wchodził w skład Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, pozostawał autonomicznie niezależny. Władze gruzińskiej SRR od samego początku starały się zatrzeć odrębność tych terenów, upatrując w tym ryzyko utraty swoich ziem i stabilności całego państwa. Niestety, Osetyjczycy na dobre zadomowieni w Gruzji, nie zamierzali się poddawać. W drugiej połowie XX wieku, pod sztandarem haseł „Jeden naród – Jedna republika”, osetyjscy intelektualiści zażądali oderwania się od państwa gruzińskiego i przyłączenia do Osetii Północnej pod zwierzchnictwem Moskwy. Reakcją Tbilisi były zmiany kadrowe na najwyższych szczeblach władz w obwodzie, które niestety nie przyniosły pożądanych rezultatów. Podzielony kraj pogrążył zbrojny konflikt, który swoje apogeum osiągnął w 2008 roku. W wyniku wojny Gruzja straciła kontrolę nad Osetią Południową, a Rosja pod przykrywką „łamania praw człowieka przez Gruzinów” zainstalowała w Osetii Południowej siły pokojowe – na stałe!

- Osetyjczycy byli zawsze mile widziany w Gruzji – powiedziała Ciocia Dali. – Przychodzili do nas, a my ich przyjmowaliśmy. Prosili o ziemię, a my dawaliśmy im ją w dzierżawę. A gdy wreszcie pobudowali swoje domy, wrócili z rosyjskim karabinem i kazali nam się wynosić. – Zamilkła i spojrzała na nas swoim matczynym wzrokiem. – Jedzcie, proszę.  
- Zatkać przełyk, zatkać przełyk, zatkać przełyk… –
powtarzałem w myślach mantrę, gdy Ciocia Dali wyjaśniała nam istotę sporu między Osetią a Gruzją. Podobno człowiek przez całe swoje życie zjada od trzydziestu do czterdziestu ton żywności, a jeśli ma typową przemianę materii jego nadwaga waha się między 2,5 kg a 5 kg. Typowa przemiana materii nie dotyczy jedynie amerykanów. Podobno tylko w USA ta nadwaga to dwa miliardy ton tłuszczu!

- Czy jedzenie nie jest dobre? – zapytała Ciocia. – Nic nie jecie. – Na jej twarzy pojawił się smutek.
- Nie, nie, niee… – zerwaliśmy się z krzeseł jak oparzeni. – Yhmmmmmmm…. Jedzenie jest wyborne. – Z ciężkim żołądkiem sięgnęliśmy po kolejne porcje wyśmienitych grzybów z farszem. Blup, blup, blup. Wyrafinowana tortura. Spojrzałem na chłopaków. Miny mieli nie tęgie.
- Przepraszam, ale muszę na chwilę iść do namiotu – powiedział niespodziewanie Tomek, po czym wstał i chwiejnym krokiem zniknął w ciemnościach. Za sobą mieliśmy już spore ilości wina domowej produkcji. Zresztą, wino które pije się w Gruzji jest wyłącznie domowej roboty.
- Wiecie, ja nie lubię kiedy ludzie się kłócą, a to co się teraz dzieje w Gruzji nie jest dobre – powiedziała Ciocia. – Źle się też czuję, gdy ktoś jest na mnie zły… – zawiesiła głos, po czym zapytała – ..dolać jeszcze wina? – Kiwnęliśmy głową na znak zgody. Ciocia i jej córka Gulchina wstały i z pustymi karafkami ruszyły w kierunku domostwa. A my siedzieliśmy przy stole w ogródku i zastanawialiśmy się co zrobić z tą masą jedzenia. Nagle z ciemności wyłonił się Tomek.

- Gdzie byłeś? – zapytał Maciek.
- Poszedłem w krzaki. Nie mogłem już patrzeć na Ciocię – odpowiedział. Blup, blup, blup. W moim żołądku na nowo rozgorzała rewolucja. Przez krótką chwilę wydawało mi się, że lawina zdarzeń ruszyła i nie sposób było ją zatrzymać. Zatkałem usta, beknąłem i nagle uspokoiło się wszystko. Mieszanka chaczapuri, wina, piwa i soków trawiennych bezpiecznie cofnęła się do żołądka. – Zrobiło mi się jej żal – kontynuował Tomek – więc postanowiłem zwymiotować. Stanąłem w krzakach, wsadziłem dwa palce i opróżniłem żołądek. Teraz mogę jeść. – Z  niedowierzaniem spojrzałem na Tomka. Zawsze odznaczał się niezwykłym wyczuciem taktu i poświęcenia. Małomówny Damian wzruszył tylko ramionami i w wymowny dla siebie sposób rozejrzał się wokół, sprawiając przy tym wrażenie, jakby nie rozpoznawał okolicy, w której znajdował się od kilku godzin.

- Zuch chłopak – powiedział Maciek, klepiąc Tomka po ramieniu. – Sytuacja jest delikatna. – Miał rację. Do Lentheki wróciliśmy wczesnym popołudniem. Po tygodniu akcji górskiej w masywie Laili (4008m, Góry Swaneckie) byliśmy spragnieni normalnego jedzenia. Spacerując po ulicach małej mieściny szybko trafiliśmy do sklepu Cioci Dali, w którym wypiliśmy spore ilości piwa, przyjęliśmy zaproszenie na kolację i wypytaliśmy o okoliczne restauracje. Byliśmy niemożebnie głodni.
Jest jedna, tuż za mostem – wskazał nam drogę stary Swan. W restauracji spędziliśmy całe popołudnie pałaszując olbrzymie ilości placków z zapieczonym w cieście nadzieniem serowym (chaczapuri), a wieczorem, gdy zmierzaliśmy na ulicę Stalina, zachodziliśmy w głowę:
Jak to jest możliwe, że wciąż jestem pełny po sam korek?
Nażarliśmy się jak świnie!
taaa, niczym zwierzęta…
O matko, ledwo idę, a Ciocia Dali właśnie szykuje kolację!
ahhh.. miła wieść, gdy wołają jeść!

Gruzińska gościnność jest swego rodzaju narodową ideologią. Gruzini zapraszają do domu spontanicznie, odruchowo i ze szczerej potrzeby serca, ponieważ każdy gość, który pojawia się na ich drodze, postrzegany jest jako zesłaniec niebios. Zwłaszcza jeżeli jest to gość z zagranicy, którego przyjmowanie jest szczególnie prestiżowe dla gospodarza. Ta gościnność nie wynika jednak z  partykularnych celów, choć czasami trudno temu zaprzeczyć, ale ze zwykłej tradycji. Ci ludzie przez wieki żyli w odizolowanym i trudnym środowisku. Silne związki rodzinne, ustalona hierarchia domowa, stare obyczaje i tradycyjne sposoby myślenia pozwalały ludziom tu przetrwać. Dla Gruzina „świat kończył się tam, gdzie można było dojechać koniem”, a jeżeli ktoś przybywał z daleka, na pewno potrzebował pomocy. Gruzin nie odmawiał, ponieważ sam wielokrotnie znajdował się w takiej samej sytuacji.

Salomon mawiał: „kto trzyma się przepisów, jest rozumnym synem, lecz kto obcuje z żarłokami, przynosi ojcu hańbę”. Będąc w Gruzji należy pamiętać, że w gości zawsze przychodzi się głodnym, ponieważ „stół jest pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym pretekstem, okazją żeby uczcić życie”, a nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu jest grzechem – wobec Boga i wobec Gruzina. I nie chodzi wyłącznie o obżarstwo podczas biesiady. Ryszard Kapuściński kiedyś napisał: „Gruzini nigdy nie byli koczownikami (…) Pędzili życie osiadłe, zamknięci w swoich mikroświatach, często nie większych niż jedna dolina. Granica tej doliny – zawsze górzysta – mogła być dawniej dla Gruzina granicą ziemi” a odbieranie tej ziemi w imię niezaspokojonego apetytu na władzę i posiadanie, jest najpodlejszym sposobem gwałcenia ich gościnności. Nie ma większej zniewagi dla Gruzina, od tej przy stole.

- Yhmmm… pyszne chaczapuri – delektował się Tomek. Ciocia Dali uśmiechnęła się, a my byliśmy mu wdzięczni za ten akt pełen „heroizmu”. Mówi się, że szczerość jest lepsza od nieszczerości, ale do niej trzeba mieć odrobinę odwagi. Zamroczeni alkoholem, przejedzeni ponad miarę, zamiast powiedzieć prawdę, kombinowaliśmy jak wyjść z tej sytuacji z twarzą. Niepotrzebnie. Ciocia Dali zrozumiałaby i na pewno uśmiechnęłaby się mówiąc: - Dzieci, nic się nie stało. – Gdy żegnaliśmy się z nią było nam przykro, że suto zastawiony stół, zostawiamy suto zastawiony.
- Odwiedzicie nas jeszcze?
- Tak, jeżeli tylko wrócimy do Gruzji, na pewno odwiedzimy Lenthekiodpowiedzieliśmy chórem, a ja po chwili dodałem w myślach: - Jesteśmy do tego zobligowani!

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss