Menu

Kibel w górach

Ostre igiełki śniegu chlasnęły go po twarzy. Zgiął się w pół. Przez chwilę miał wrażenie, jakby ktoś przepiaskował mu facjatę. Ból był przenikliwy.
Policzek od matki natury – pomyślał wbijając łopatę w zmarznięty śnieg. Szlusssss.

– Do jasnej cholery – zaklął szpetnie, gdy kolejny podmuch wiatru zerwał mu z głowy kaptur. Obrócił się o 180 stopni pozwalając tej samej sile wtłoczyć kapuzę na zmarzniętą głowę. – Ona gdzieś tutaj musi być – szeptał wymachując łopatą. – Na pewno jest – przekonywał sam siebie. Nagle zatrzymał się i rozejrzał z niepokojem. Szukał naturalnych wskazówek, jakichś charakterystycznych wgłębień, które świadczyłyby o jej obecności. Miał w tym doświadczenie. Za każdym razem, gdy wchodził na nieznany lodowiec, próbował zrozumieć jego zachowanie. Wprawnym okiem szybko dostrzegał spiętrzenia, przełamania, czy też głębokie nisze. Wiedział, że każde takie miejsce może być skupiskiem niebezpiecznych szczelin. Ale on nie był na lodowcu, a to, co szukał, było czymś zgoła odmiennym.
Jeżeli chłopaki wskazali właściwe miejsce to… - zawahał się - powinno się udać? A jeżeli się pomylili? Co wtedy? Damy radę bez niej? Spojrzał na południe. Burza śnieżna nabierała na sile, a on z doświadczenia wiedział, że te krótkie, acz gwałtowne podmuchy wiatru są tylko preludium do zbliżającej się zawieruchy. Czas gonił.

Stałem w oddaleniu i przyglądałem się jego mozolnej pracy. Mimo kłopotów z kręgosłupem dzielnie wymachiwał szpadlem. Miał zadanie do wykonania, i od niego zależał nasz los. No dobra, może zbyt dużo w tym dramaturgii, ale każdy z nas musiał na czymś zaoszczędzić. Minimum w górach to podstawa. Im cięży plecak, tym jest trudniej. Właściwy dobór sprzętu, odzieży, paliwa i żywności jest kluczem do sukcesu. Zadziwiające jednak jest to, że gdy jedziesz w góry na jeden dzień z noclegiem, bierzesz tyle samo, jakbyś jechał na tydzień. Można prężyć muskuły, ale pewnych rzeczy nie sposób zostawić. Oszczędzać na jedzeniu, paliwie? Pewnie, ale kto przy zdrowych zmysłach odejmuje sobie od ust? No właśnie, kto – my?

Klęska żywiołowa na Bałkanach... śnieżyce nad Europą... górzysta, południowa część Czarnogóry była w ostatnich godzinach odcięta od świata z powodu silnych opadów śniegu... w nocy ratownikom udało się ewakuować 120 osób z zasypanych wiosek, w tym 30 albańskich uczniów, którzy przyjechali tu na ferie… – grzmiały dramatyczne wiadomości. Gdy słuchał ich w domowym fotelu, czuł ledwie narastający niepokój. A teraz w samym środku burzy śnieżnej ów niepokój urósł do niebotycznych rozmiarów.

- Nie do wiary – sapał ze zmęczenia, gdy raz za razem wyrzucał w powietrze zamarznięte bryły śniegu. –Tylko w lutym spadły tu trzy metry śniegu. Po prostu, nie do wiary. Krawędź śnieżnego wykopu znajdowała się już metr nad jego głową, a on dalej kopał i kopał. Nagle łopata odbiła się od twardego podłoża. Wstrzymał oddech. Czyżby?
- Jest, jeesst, Jeeesst! – Ucieszył się, i ze zdwojoną siłą przystąpił do rąbania. Bach, bach, bach. Aluminiowa łopata darła na strzępy twardy lód.

I drżymy. Dygot –
Wiatru łopot.
Łoskot kanonad,
chlupot łopat –
wszystko w czeluściach tej ogromnej trąby,
którą rozdyma krzyczący... marzec w górach Prokletije!

Prokletije (z serbskiego: przeklęte) należą do wielkiego łańcucha Gór Dynarskich. Pod względem wysokości przypominają nasze Tatry, ale są to chyba jedne z ostatnich gór w Europie, które nie zostały całkowicie odkryte (na terytorium Albanii, Czarnogóry i Kosowa).
- Namioty okopane – powiedziałem. Tomek, który przez ostatnie dwie godziny prowadził poszukiwania, teraz wolnym krokiem zbliżał się do obozu.  
- A wody nie ma – rzekł mrużąc oczy na silnym wietrze.
- Jak to nie ma? – Nie mogłem uwierzyć.  
- No nie ma. Pod cienką warstwą lodu jest tylko trawa.
- No to nie dobrze. – Zmarkotniałem. Dolinę Buni e Jezerce odwiedziliśmy kilka lat temu. Wówczas do dyspozycji mieliśmy małe oczko wodne. A teraz wszystko przykryte było trzymetrową warstwą śniegu i lodu. Orka na ugorze. – Pomyliliśmy się. Będziemy musieli jednak topić śnieg. Nie ma sensu dalej grzebać.  
- Zabraknie nam gazu.
- Być może, ale i tak nie mamy wyjścia. Planujemy tu być siedem dni, i najważniejsza jest teraz obozowa infrastruktura – powiedziałem. – Prognozy nie są ciekawe.
Po tych słowach nastała cisza, nielicząc rzecz jasna szaleńczego wiatru, który z każdą minutą nabierał na sile.
- A propos infrastruktury, jest coś, co muszę Wam pokazać. – Na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech. – Podobno przyroda nie lubi próżni, prawda?  

Staliśmy na krawędzi głębokiego wykopu i nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom.
- o kur… ja pierdziele… no nie mogę… masssaaakraa… – przez kilka dobrych minut przekrzykiwaliśmy się wzajemnie. Nikt z nas nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, chociaż każdy dobrze wiedział, że na takich wyprawach – wcześniej, czy później – zaczyna się o tym rozmawiać. W środowisku wspinaczy funkcjonuje wiele eufemizmów maskujących tą nieuniknioną konieczność. „Rest area”, „na małysza”, „wyjście z progu”, „poczekalnia”, „stanowisko strzałowe”, „posiedzenie plenarne”, „dłonie natury”. I tak sobie myślę, że Maslow chyba musiał być wspinaczem, ponieważ w swojej teorii stwierdził, że najistotniejsza jest hierarchiczna natura potrzeb, a zaspakajanie tych wyższych, wysublimowanych, uwarunkowane jest realizacją tych niższych, bardziej przyziemnych. No właśnie, nie ma większego szczęścia od dobrej kupy przed wspinaniem.

- Wody nie było – powiedział Tomek – ale przynajmniej zadbałem o bezpieczeństwo naszych pośladków. Na jego twarzy widać było, że jest dumny ze swojego dzieła. I miał rację. Tego rodzaju rozwiązanie, choć na pozór kontrowersyjne, skutecznie chroni przed odmrożeniami wrażliwą skórę pośladków. Nie ma przecież nic gorszego od wiatru hulającego po tyłku, prawda? A czy było to ekologiczne? No cóż, człowiek to też natura. Eskimosi robią tak od wieków, w alpach kible wiszą nad przepaściami, przez chatę pod Rysami przewija się kilkaset tysięcy ludzi rocznie - i co? I nic. Żadnej katastrofy ekologicznej, a przyroda i tak zrobi swoje.
- Ktoś przetestuje? – padło pytanie i nastała cisza. Jasiu jednak nie dał się długo prosić. Szybkim krokiem zszedł po misternie wyciętych stopniach, podniósł deskę, opuścił spodnie i demonstracyjnie zasiadł na kibelku. Pstryknęły flesze.  
- Ahha… panowie, jedna ważna rzecz – powiedział Tomek. – Jest wśród nas dama. Nie sikamy na deskę!
- Teraz możemy godnie oddawać górom to, co nam zbywa – rzekł Paweł, a my na nowo ryknęliśmy śmiechem. Śmialiśmy się długo, histerycznie, a porywisty wiatr akompaniował nam słowami...

„Na Lenina krasną trumnę
Na Stalina lico dumne
I na wszystko co jest w świecie
Tylko nie na deskę przecie”.

 

 

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss