Menu

Druga historia swaneckiej gościnności

- Nie panimaju – wyrzuciłem z siebie.
- Szto?
- Ja nie panimaju.
- Kak… – zawahał się – …ty nie panimajesz?
- Da – pokiwałem głową.
Nastała Cisza. Patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, ważąc każde słowo. Na ich twarzach kumulowały się emocje. Mówili coś, ale kompletnie przestałem rozumieć, o co chodzi. W końcu zaczęli się śmiać.
Hahaha, ty nie panimajesz? Hahaha, ty nie paniiiiiiimaaaaaajesz!

Da, hehehe, ja nie panimaju, kompletnie… kurwa – radośnie odpowiedziałem i zacząłem się śmiać. Śmiałem się długo, histerycznie, głupkowato, bo jak to możliwe, że nagle przestałem rozumieć? Dziwne. Chociaż to może nie jest dziwne. Moja znajomość rosyjskiego zawsze kulała. Niby miałem go na studiach, niby poznałem cyrylicę, ale jakoś nigdy nie przykładałem się do nauki. Nauczycielka mówiła: ucz się, bo będziesz później za to płacił. Nie uczyłem się, nie płacę, i niewiele rozumiem, a w tej chwili szczególnie. No właśnie, nie znam rosyjskiego, ale w normalnej sytuacji trochę go rozumiem. Łapie się pojedyncze słówka, obserwuje mimikę rozmówcy, wyłapuje kontekst i dopasowuje do sytuacji.

Nieee paniiiiimmaaaajesz… hahah… khkhgrrrr… – zakrztusił się dymem i zaczął kaszleć. Rozejrzałem się wkoło. Byliśmy w stodole, szopie lub w jakimś bliżej nieokreślonym pomieszczeniu gospodarczym. Panował półmrok. Jedynym źródłem światła była zapalniczka. Rzucała długie cienie, które pląsały na ich twarzach. Z niekłamanym zachwytem oglądałem spektakl świateł i cieni. Z czupryny na nos, z nosa na ucho, z ucha na dłoń, z dłoni na butelkę. Ciemność pulsowała. Otaczające nas szafki, stoliki, krzesła i inne przedmioty zdawały się poruszać w takt syczącej zapalniczki. Syt, syt, syt. Temo coś mówił, ale słowa docierały do mnie z tak znacznym opóźnieniem, że gdy zaczynał kolejne zdanie, tamto wciąż dudniło w mojej głowie. Traciłem kontakt z rzeczywistością. Czułem się tak, jakby ktoś wpompował mnie do samego siebie, i ta moja powłoka okazała się nazbyt obszerna. Byłem zamkniętą w sobie matrioszką, której to głos grzązł, echem odbijał się od tej większej i powracał ze zdwojoną siłą. Taki stan przychodzi niespodziewanie, z zaskoczenia. Jest jak uderzenie obuchem w łeb, a chwilę potem człowiek ulega zawieszeniu. Absorbuje go wszystko. Mucha na łajnie, politycy na ambonie, uciążliwy pisk w uszach. Inny stan postrzegania. Siedziałem z nimi w szopie i przez uchylone wrota obserwowałem suto zastawiony stół. Chłopaki wznosili toasty, rozlewali hektolitry bimbru, a my w ciemnościach paliliśmy bongo! Byliśmy na haju.

Do Tsany (Swanetia) dotarliśmy pod wieczór. Była kolejnym przystankiem w naszej długiej podróży po Swanecji. Wędrowaliśmy z zachodu na wschód omijając rozległe pasmo gór swaneckich. Punktem docelowym była wioska Ushguli, z której to widać Szcharę, najwyższy szczyt Gruzji. Policjanci w Lentheki powiedzieli nam, że nikogo tu nie będzie, bo Tsana to opuszczona miejscowość. Tymczasem na skraju wsi przywitał nas koń. „I wydawało się, że to jedyne obce oczy, jakie spojrzą na nas w okolicznych domach”. Szybko jednak natknęliśmy się na gruzińską rodzinę w początkowym stadium imprezy. Przyjechali do Tsany z Tbilisi, żeby odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Piknik rodzinny na ojcowiźnie – mówili później.

Gamar dżobat. – Gaumardżos – przywitaliśmy się, a oni zaprowadzili nas do sąsiedniego domu. Tu mieszka Wilk, ostatni człowiek w Tsanie i tu będziecie spać. Rozgościcie się, a potem przyjdźcie do stołu – powiedzieli. Wilk to wysoki mężczyzna o niespokojnym spojrzeniu, któremu nigdy nie przeszkadzała samotność. Gdy inni mieszkańcy wsi emigrowali za chlebem do Tbilisi, on i jego matka uparcie tkwili w Tsanie. To nasza ziemia. Dlaczego miałbym stąd wyjeżdżać? – mówił. – Mam tu wszystko – zatoczył łuk ręką. – Żyje się ciężko, ale można do tego przywyknąć.

Bongo skonstruowali w bardzo prosty sposób. Na szyjkę plastikowej butelki nałożyli złotko wyrwane z paczki po papierosach. Tak utworzoną membranę podziurawili i na niej złożyli ziele. Następnie, tlącym się papierosem wypalili w dnie butelki dziurę, przez którą wciągali chmury słodkiego dymu. Butelka przechodziła z ręki do ręki. Początkowo wzbraniałem się, bo połączenie mocnego alkoholu z zielskiem potrafi być zabójcze, ale gościnność jest gościnnością – nie powinno się odmawiać Gruzinowi. A ja nie byłem asertywny.

- Ty jesteś moim gościem – poklepał mnie po ramieniu. – Rozumiesz? Przecząco pokręciłem głową.
- Tobie nie może spaść włos z głowy – kontynuował. – Żyje tu trochę ludzi gotowych zrobić Wam krzywdę dla pieniędzy, ale oni są bez honoru. Bo gruńska gościnność to kwestia honoru. Rozumiesz? Prawdziwy Gruzin szanuje gościa i zrobi wszystko, żebyś czuł się bezpiecznie. – Zamilkł, spojrzał w stronę stołu, po czym pociągnął mnie za ramię. – Matka poszła już spać. Chodź, idziemy do stołu. Ruszyliśmy chwiejnym krokiem. Ziele buszowało w moim umyśle. Każda część mojego ciała poruszała się samodzielnie, jakby w oderwaniu od całości. Czułem się niespójny i rozczłonkowany. Szedłem do stołu, a jednocześnie rozbiegałem się spontanicznie we wszystkich kierunkach. Nie panowałem nad ciałem, a ono uwolnione spod władzy umysłu, hasało po całym podwórku. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Gdy wreszcie zbliżyliśmy się do stołu, Tomek właśnie wznosił toast, a Damian, który w ogóle nie pije, chwiał się na boki mocno zamroczony alkoholem.

Za Gruzję… za przyjaciół… za Swanecję… za tych, co poginęli... – toasty sypały się z prędkością karabinu. Hana i Sara, również nadwątlone alkoholem zaczęły śpiewać: Jozin z Bazin dostał se nagane, a Maciek rozparty w futrynie drzwi, świdrował mnie wzrokiem.
Masz oczka jak szparki – powiedział, po czym złączył palec wskazujący z kciukiem, żeby podkreślić wagę słów. – Takieee tyyyci, tyyyci… ykhm... – czknął niespodziewanie.

Wszyscy mieliśmy ostro w czubie. Alkohol lał się strumieniami, dziewczyny śpiewały czeskie piosenki, Damian nieprzytomnie obejmował słup ganku, Maciek rozparty w futrynie przysypiał, a ja z ramieniem zarzuconym na Temo, przysłuchiwałem się jego niezrozumiałym tyradom.
Jesteście gośćmi, a gość w Gruzji to świętość – mówił. – Jeżeli Gruzin zaprosi do domu gościa, to znaczy, że jest to jego gość. Jeżeli jednak ktoś taki jak wy zatrzyma się przed moim domem, to znaczy, że sam Bóg Was przysłał – przeżegnał się prawą ręką – a z Bogiem się nie dyskutuje. Panimajesz? – zwrócił się nagle do mnie.
Niieet – odpowiedziałem po chwili, a on znów zaczął się śmiać.
- Ty haroszyj, niczewo nie panimajesz, ale ty haroszyj – Objął mnie i potrząsnął ramieniem wielkim jak topola. – Pij. – Gruzini są jak szlachta polska. Lubią wypić i piją na potęgę, toastami obdarowują cały świat, a w szczególności polaków, są dobroduszni, ciepli i tak gościnni, że na początku może to wprowadzać w zakłopotanie. Z czasem jednak człowiek przyzwyczaja się do tego i przestaje go to dziwić. Długo po tym wydarzeniu, gdy już w wracaliśmy do kraju Tomek miał okazję wypowiedzieć znamienne słowa: - Obawiam się, że mój instynkt samozachowawczy zanikł. W Gruzji spotykaliśmy się z taką wielką życzliwością i otwartością, że tego samego będę oczekiwał w Polsce. Ja wiem, że to nie jest możliwe, i dlatego boję się, że ktoś może to wykorzystać. Naiwna ufność? Tak, w Gruzji nabawiłem się ufności graniczącej z naiwnością. Taka jest właśnie Gruzja.

- Koniec biesiady – powiedział nagle Temo. Spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem. Koniec imprezy? – Późno już. idziemy spać. Panimajesz? – trącił mnie w ramię. Spojrzałem na niego półprzytomnie. – Ty panimajesz – powiedział stanowczo, po czym złapał mnie pod ramię i zaprowadził do pokoju. W Polsce impreza raz rozpoczęta ciągnie się aż do skutku. Albo wszyscy padają, albo kończy się alkohol. A w Gruzji jest inaczej. Tu rządzi Tamada. Temo choć nie najstarszy, wydawał się być stworzony do tej roli. To on wiódł prym w szopie i przy stole, i chociaż alkoholu było jeszcze naprawdę dużo, zarządził koniec imprezy. I nie było dyskusji.

Położono mnie na miękkim łóżku. Po dwóch tygodniach spania w namiocie z kamieniem pod głową, ten luksus wydawał się być dla mnie szczytem marzeń. Jednak gdy tylko przymknąłem powieki, rozszalała się burza. Łóżko zafalowało. Robiłem wszystko, żeby utrzymać się na powierzchni. Zwieszałem głowę za krawędź, siadałem w pozycji embrionalnej, tuliłem się do chłodnej ściany – bezskutecznie. Z trudem złapałem zakręt, gdy na pełnej prędkości wyskoczyłem na korytarz. Do drzwi wejściowych dzieliło mnie tylko kilka metrów, gdy zacząłem przemawiać. Dłońmi wstrzymałem głos na tyle długo, by móc opuścić domostwo. W końcu nieartykułowana tyrada trysnęła na zielony trawnik podwórka. Na niebie migotały gwiazdy, a ja wciąż przemawiałem - długo, soczyście i żołądkowo. Wreszcie byłem gwiazdą tego wieczoru!

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss