Menu

Swaneckie świnie

Moje mięśnie gwałtownie stężały, a oddech stał się płytki i przyspieszony. Paraliż owładnął całe ciało. Chciałem się ruszyć, ale przecież nie mogłem zdradzić swojej obecności. Gdzieś czytałem, że w takich sytuacjach nie powinno się uciekać, rzucać kamieniami, panicznie krzyczeć, ani zanadto zbliżać. Lepiej oddalić się spokojnym krokiem, klucząc między drzewami. Ona na pewno wyczuwa strach – pomyślałem. To było pewne, jak prezenty na święta lub dzieciak w dni płodne. Łup, łup, łup, serce biło jak szalone – tempo prestissimo.

Siedziałem w barłogu otoczony plecakami. Kamień, który przed chwilą chłodził rozgrzane słońcem plecy, teraz stał się moim katem. Legowisko wybrałem umyślnie. Tak jak umyślnie wybiera się posłów. Z mojej perspektywy jest to zazwyczaj przypadek. Siedziałem w cieniu. Gdzieś tam za plecami szumiała rzeka, nad głową brzęczała końska mucha, a palce parzył dopalający się papieros. Kicz. Scena dnia.

Normalnie odczołgałbym się najciszej jak to możliwe, ale tym razem nie było o tym mowy. Przypominało mi to trochę scenę z młodzieńczych lat. Najpierw się ich zaczepia szydząc, a potem ucieka. Czasami kumple zgadywali się na boku, łapali delikwenta pod ramiona i siłą prowadzili w stronę lumpa. A on jak wściekły pies na przykrótkim łańcuchu etylowym, czekał na odpowiedni moment, na jeden decydujący skok. Ofiara się wyrywała, prosiła, ale żart musiał się dopełnić. Kumple rechotali, gdy chybotliwym krokiem lump ruszał do ataku. Jak w zwolnionym tempie, niczym gołębie przerażone kilogramowym workiem pszenicy, kreślącym łuk w powietrzu, sprawcy żartu rozbiegali się na bezpieczną odległość, a nieszczęśnik, nie mając już czasu na ucieczkę, pozostawał sam na sam z pijanym wariatem.

Tak się właśnie czułem. Kamień trzymał mnie pod ramiona i siłą pchał w jej stronę. Odległość między mną a nią ustawicznie się zmniejszała. W końcu natarła z prędkością błyskawicy. Jej paskudny ryj skierowany w moje krocze, nie zapowiadał przyjemności. Spod jej twardych racic sypały się drobne kamyczki. Z każdą sekundą nabierała prędkości, gotowa z całą mocą przeorać moje udo. Padł strzał. Padła i ona, a ja otwarłem oczy. I nic się nie stało. Wciąż była kilkanaście metrów przede mną, a ja oparty o kamień, kurczowo trzymałem przed sobą kije trekkingowe, jak gdyby miało mi to pomóc w starciu z 250 kilogramowym zwierzem. To tylko wyobraźnia. Zawsze miałem w czubie. Niedopasowany, nadwrażliwy, wybuchowy, który pcha się w góry. W górach trzeba mieć psychę i tępy wyraz twarzy. Wtedy jest prościej ukryć paniczny strach, bo każdy się boi, ale nie każdy potrafi go pokonać.

„Dzik jest dziki, dzik jest zły. Dzik ma bardzo ostre kły. Kto spotyka w Gruzji dzika, ten na skałę szybko zmyka. Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma k...a ostre kły”, ale ten, o dziwo, jakoś taki niepozorny. Niby wszystko się zgadza: ssak o krępej budowie (…) na krótkiej, grubej i muskularnej szyi osadzony klinowaty łeb o małej mózgowioczaszcze i dużej trzewioczaszce – ja pierdziele, co to znaczy – (…) stojące uszy, w kształcie trójkąta, gęsta szczecina, ubarwienie zmienne, latem ciemniejsze, może przechodzić od niemal czarnego, przez brązowo czerwone po płowe. Dzik jest dzikiem, i warchlaki rzędem. Locha podobno zaciekle broni młodych. Tylko ona jakaś taka nijaka, nie za duża. Tak, zdecydowanie nijaka taka – sparafrazowałem cytat z filmu King Size.

Siedziałem w barłogu otoczony plecakami. Szczęka mi opadła i drżała, słuchawki od empetrójki bezwładnie wisiały na klacie, papieros dogasał na wilgotnym mchu, a przede mną majestatycznie maszerowała ona. I nagle przypomniałem sobie słowa Aleksandra Kuzniecowa, rosyjskiego alpinisty:

„Och, właśnie te swaneckie świnie! Podobne są do wszystkiego, tylko nie do świń. To dzikie świnie, spłaszczone z boków jak ryby. Czarne albo łaciate, chude, ze stojącą na karku szczeciną, przypominającą hieny ze świńskim ryjem o nogach antylopy. Wiele Staneckich świń zdobywa sobie pożywienie samodzielnie w lesie i wokół osiedli. Żeby zabić taką półzdziczałą świnię, trzeba na nią polować z nożem, a nieraz i strzelać”.

- Durny, to świnia! Choć ma ubarwienie dziwne, ciemne, w paski, w plamy, jest brudna, czarna, brązowa, ze szczeciną na karku, to nadal świnia! Swanecka świnia – histerycznie sapałem, i zaraz zacząłem się śmiać, bo przecież nasze ciężkie wory też nazywamy świniami. Wielkie, spasione, brudne, odrapane wory, po brzegi wypełnione żarciem na najbliższy tydzień górskiej akcji. Śmiałem się długo i do rozpuku, a niewzruszona świnia ryła nosem w glebie. Za nią warchlaki, równie niewzruszone, pochrząkując cicho, od czasu do czasu, wzajemnie odtrącały się od apetycznych znalezisk. Świnie ryją psychę! Żaden alpinista po zejściu z lodowca nie jest przygotowany na takie zdarzenie. Nie po raz pierwszy w Gruzji.

Świnie w Swanecji są wolne! Nie trzyma się ich w zagrodach, nie zagania na noc. Aż do sądnego dnia są wolne i niczym nie skrępowane. Przemierzają swobodnie okoliczne wzgórza w poszukiwaniu jedzenia, ale każdy mieszkaniec osiedla wie, która do kogo należy. Kradzież i zabicie świni sąsiada to prawdziwe przestępstwo. Nie warto narażać się na gniew Swana. Wszak licwri (krwawa zemsta), chociaż już nie praktykowana, nadal głęboko jest osadzona w mentalności tej dumnej populacji.  

Swaneckie świnie ryją i niszczą uprawy, ale mogą być też pożyteczne. I nie napisałem tego z myślą o sytym obiedzie – o nie! Dawno, dawno temu, na południowy wschód od Elbrusu, w głównym grzbiecie Kaukazu, gdzie wznoszą się szczyty Donguz Orun i Nakra Tau, doszło do bardzo istotnego dla świń, wydarzenia. Doceniono je, i to na tyle, że zostały zabrane na bitwę!

Ówczesna ekspansja muzułmańska na południe Kaukazu mocno zagrażała chrześcijańskim Swanom. Silni i liczni muzułmanie bez większego oporu zdobywali kolejne rejony. Swanowie, chociaż bitni i nieustępliwi w walce, musieli  ugiąć się przed przewagą liczebną. I wojna byłaby przegrana, gdyby nie wpadli na genialny w swej prostocie, pomysł. Sprytni górale dowiedziawszy się zawczasu, którędy będą szli wojownicy islamu, „spędzili na przełęcz wszystkie świnie z doliny Inguri, i tam oczekiwali przeciwnika. Wyznawcy Mahometa, zobaczywszy oczekującą ich armię, a będąc wierni przykazaniom religijnym, uciekli w popłochu”. Cóż za ironia losu. Pokonani przez własną religię i przez świnie.

Świnie w Swanecji to przedziwne zjawisko. Dzikie, a udomowione, świńskie, a zdziczałe, a ja zawsze miałem w czubie. Niedopasowany, nadwrażliwy, wybuchowy, który pcha się w góry, a świni się boi. Gdy chłopaki wrócili z rekonesansu, gdy dowiedzieli się, gdzie wiedzie nasza dalsza droga, opowiedziałem im wszystko ze szczegółami. Śmiali się długo, a ja plułem sobie w brodę za ten brak luzu i nadwrażliwość, prze-wrażliwość.  

- Ale taki jesteś Piotruś, takiego Cie kochamy i telewidzowie również Cię pokochają – powiedział mi wczoraj Maciek. To był jego komentarz do moich emfatycznych wypowiedzi w filmie Sath Marau – Seven Killed. Tak, górnolotny, napuszony w słowach do przesady, kwiecisty Piotr, cały ja, a wtedy w Gruzji tak na serio powtarzałem sobie słowa i marzyłem: - szkoda tylko, że nie mam tępego wyrazu twarzy. Może wtedy miałbym lepszą psychę?


 - karabin macie?
- Nie mamy.
- A to niedobrze, bo kiedy niedźwiedź w lesie wyskoczy, to tylko strzelać!

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss