Menu

Wspaniała gruzińska droga

fot. Maciek Chmielecki fot. Maciek Chmielecki

Gdy zatrzymał się samochód, nie byłem wstanie uwierzyć, że to możliwe.
- To niemożliwe! Absolutnie niemożliwe - gorączkowałem się, gdy pijany w sztok Swan, energicznie pakował nasze plecaki do pięcioosobowej Niwy. Za kierownicą siedział mężczyzna o imieniu Szaliko (a może inaczej miał na imię) i wymownie się do nas uśmiechał. Obok niego, na miejscu pasażera spoczywała kobieta z małym dzieckiem. Policzyłem na palcach. - Cztery osoby. Nie uda się!

A teraz zagadka: Ile ruchów trzeba zrobić, żeby schować sześć schabów, kobietę i jedno dziecko do małej Łady Niwy? To proste. Dziesięć. Otworzyć drzwi, wsadzić dziecko, kobietę, mnie, Maćka, Damiana, Tomka, Szaliko, kierowcę i zamknąć drzwi. Dołóżmy do tego jeszcze cztery razy po trzydzieści kilogramów martwej natury w plecakach jako balast, i robi się ciekawie!

Siedzieliśmy w środku ściśnięci jak sardynki, przywaleni plecakami i unieruchomieni na amen, ale siedzieliśmy. A pijany w sztok Swan zajął miejsce za kierownicą! Próbowałem protestować, ale Szaliko dosiadając się do kobiety i dziecka, rozłożył tylko bezradnie ręce. I wtedy zrozumiałem. Był pasażerem pełniącym funkcje kierowcy tylko przez chwilę, i zarazem ofiarą, taką samą jak my.

- I nie pozwól Dawco życia, by ten człowiek stał się przyczyną śmierci lub kalectwa – z moich ust wylewał się bezgłośny potok słów. Drżałem. Pierwszy raz od przyjazdu do tego pięknego kraju czułem prawdziwy, paniczny, w pełni usprawiedliwiony strach. Plastikowa obudowa nadkola po chamsku wrzynała mi się w bok, a wciśnięte w strefę bagażową plecaki, zbyt duże by pozostać w otwartym bagażniku łazika, prostacko tłukły mnie po głowie. – Pohamuj pokusę nadmiernej szybkości, zachowaj nas od nieszczęścia i wypadku, i spraw, aby piękno tego świata mogło mi towarzyszyć na wszystkich następnych drogach moich. Amen.

Stuk... puk... stuk, stuk, stuk... puk, puk, jeb... jeb... puk i stuk i znowu jeb... co rusz wpadaliśmy w wielkie dziury, chyba po sam dach. Gwałtowny przechył wciskał mnie w oparcie. Niwka wspinała się po niemalże pionowym stoku, by zaraz gwałtownie ruszyć w dół. Ryp... i puk, i stuk, i onomatopeiczne jeb! Każda kolejna głęboka dziura odrywała mnie od siedzenia i wbijała w sufit.
- Ah... te kaukaskie drogi. Drogie jest życie... mój drogi... mój drogi, jakże się boję... bo strach ma wielkie oczy – szeptałem histerycznie.
- Jest pięknie – radośnie krzyczał Damian.

A oczyska, patrzałki moje drogie, katował obraz za szybą. Unieruchomiony wielkim plecakiem spoczywającym na kolanach, siedziałem tuż przy oknie z widokiem na wertykalny bezkres Swanecji. Przepaściste wąwozy, głębokie parowy i niekończące się urwiska – prolog i epilog antycznego dramatu. I nie byłby to przypadek odosobniony. Takie wypadki, gdzie marszrutki wypełnione po brzegi ludzkim mięsem zwalają się do rwących rzek i przepaści, były na porządku dziennym. Stary Swan, z którym dwa tygodnie wcześniej rozmawialiśmy jadąc do Dolnej Swaneti, pokazał nam miejsce, w którym zginął jego kuzyn. Trzydzieści metrów lotu i skały; potem woda. Ich ciała wypłukała rzeka Inguri. Nikt nie przeżył. Pozostał tylko złom. Poskręcany, karykaturalny, złowieszczy obraz potęgi i nieprzystępności pradawnej Kolchidy.

Co ciekawe, Swanowie po raz pierwszy zobaczyli koło w 1937 roku. Do tego czasu wszystkie ciężary przewożono w jukach lub na saniach. Trudno się dziwić, skoro Swanetia jest wybitnie górzystym rejonem i niezwykle trudno dostępnym. Czy na wozie można z łatwością jechać w góry po siano? Kto ma rodzinę na wsi, i chociaż raz jechał z dziadkiem na sianokosy, ten zna odpowiedź. Warto jeszcze zacytować ciekawą anegdotkę, którą przytacza Aleksander Kuzniecow w książce "A w dole Swanecja" -"Pojawienie się w Górnej Swanecji samochodu było wielkim wydarzeniem. Opowiadają, że pierwszemu samochodowi pewien starzec wyniósł wiązkę siana i był bardzo obrażony, kiedy auto przejechało po tym sianie i potoczyło się dalej".  

Teraz jechaliśmy do Ushguli przypadkowo złapaną Niwką. Nie jak cywilizowani ludzie, wspaniałą drogą z zachodu na wschód przez Mestię, ale od wschodu, bezdrożami, wąskimi, obsypującymi się ścieżkami, które przecinają przełęcz łączącą Góry Swaneckie z pasmem centralnego Kaukazu. - Zła to droga, zła droga, potrzebny przewodnik – powtarzał nam kilka dni wcześniej oficer policji, gdy powiedzieliśmy mu, że idziemy pieszo. - Zła, niebezpieczna i bardzo, bardzo daleko.

Aleksander Kuzniecow kiedyś napisał: „zła droga to ta, z której podróżny na pewno tak się zwali, że ciała jego nie będzie można znaleźć. Dobra droga – to ta, z której podróżny spadnie, ale trupa jego znajdą i pochowają. A wspaniała droga to taka, z której podróżnemu może nawet uda się nie spaść”.

- Maciek, kurwa, nie zagaduj kierowcy, bo się odwraca i nie patrzy przed siebie – powiedziałem dławiąc w sobie okrzyk przerażenia. Jechaliśmy dobre 20 minut i kilkakrotnie, cudem, uniknęliśmy zwalenia się w przepaść.
- Wiesz, jak z nim rozmawiam to wolniej jedzie – zachichotał Maciek, i chyba miał rację. To był prawdziwy antyczny dramat wpisany we współczesność. Ten tragiczny konflikt polegał na tym, że istniały dwie przeciwstawne i równorzędne racje, pomiędzy którymi nie sposób dokonać wyboru. Z jednej strony mieliśmy oczka jak szparki kierowcy i nadmierną prędkość, a z drugiej, wolną jazdę i brak kontaktu szofera z rzeczywistością. A nad tym wszystkim były siły niezależne: kręta droga, tysiąc promili we krwi, bezdenne przepaści, chodzące samopas bydło, które akurat zawsze dawało się ominąć tylko po zewnętrznej krawędzi drogi, i padający deszcz. Każde posunięcie bohatera zbliżało go do katastrofy. Naszej katastrofy!

Modliłem się. Długo, wytrwale i w przerażeniu. Litania za litanią, koronka za koronką, dziesiątka różańca za dziesiątką, wzywałem świętych i błogosławionych, prosiłem i błagałem. Czy ten strach był autentyczny? Klnę się na wszystko co moje. Pragnąłem tylko bezpiecznie wysiąść z samochodu. A gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, gdy naszym oczom ukazały się swaneckie wieże, gdy byliśmy u celu podroży, przypomniałem sobie następujące słowa:

„Przepaścista droga nad rwącą w głębi rzeką Inguri usiana jest kapliczkami, upamiętniającymi kolejne ofiary jazdy przełomem rzeki. W każdej stoi butelka z czaczą (gruzińską grappą). Niektórzy kierowcy czczą pamięć zmarłych wypijając mniej lub bardziej symboliczną porcję tego mocnego trunku (60–63% alkoholu). Myślę, że kolejne kapliczki to m.in. skutek wznoszonych toastów – swoiste perpetuum mobile".

- Wiesz, mimo wszystko to była wspaniała droga – powiedział Maciek klepiąc mnie po ramieniu, gdy ja wciąż kurczowo ściskałem poświęcony krzyżyk.
- Bez wątpienia - odpowiedziałem drżąc na całym ciele, po czym w papieskim geście ucałowałem ziemię. - Nigdy więcej nie wsiądę do samochodu z pijanym kierowcą. 
Pijesz, nie jedź, jedziesz, nie pij. Ale czy w Gruzji jest to w ogóle możliwe? Gaumardżos! Niech żyje Swanecja!

Climbe

Climbe Projektowanie Graficzne Piotr Picheta
ul. Bolesława Chrobrego 20/7
32-020 Wieliczka
NIP 678-268-64-62
REGON 364133207

http://www.sklep-climbe.pl

http://www.kkowalska.com

Społeczność

  • facebook
  • google plus
  • pinterest
  • instagram
  • rss